Dylemat Kaszubów: Jak upowszechnić odmianę standardową i nie zatracić bogactwa dialektalnego?

Relacja z konferencji „Europejskie i Regionalne Instrumenty Ochrony Języków Zagrożonych” (2 część)

Kaszubski działacz prof. Cezary Obracht-Prondzyński z Uniwersytetu Gdańskiego wygłosił referat o sytuacji języka kaszubskiego.

Kaszubi mogą się zdać wyłącznie na siebie oraz na państwo polskie – ponieważ nie ma państwa, gdzie kaszubszczyzna byłaby językiem państwowym. Mówi się, że to najlepiej zbadany język słowiański, ale wielki deficyt tkwi w rozpoznaniu dzisiejszej sytuacji socjolingwistycznej: kto mówi po kaszubsku, w jakich sytuacjach i od jakich czynników to zależy.

Czy mamy do czynienia z umieraniem języka? Kaszubski język umiera w rodzinie, ale przeżywa swój renesans w sferze publicznej. Pytanie, czy to wystarczy, aby zachował funkcję komunikatywną. Jakie są możliwości rewitalizacji przez sferę publiczną? Dalsze pytania to: Na ile mowa jest głównym wyznacznikiem tożsamości kaszubskiej? Jaka jest kondycja języka kaszubskiego w sferze publicznej? Czy i na ile cele Rady Języka Kaszubskiego są realizowane?

Statystyka sugeruje, że język znajduje się na fali wznoszącej. Wg spisu w roku 2011 było dwa razy więcej osób mówiących po kaszubsku niż w roku 2002. W obu spisach daje się stwierdzić przewaga deklaracji etnicznych nad językowymi. Na 228.000 deklaracji etnicznych w ostatnim spisie przypada 108.000 deklaracji językowych, większość z nich występuje wraz z językiem polskim. Świadczy to o daleko posuniętym zjawisku dysglosji, przy czym jest to układ nierównościowy. Czy wzrost z danych spisowych jest zauważalny w życiu codziennym? To kwestia dyskusyjna.

Pozytywny wpływ na odrodzenie kaszubskości miało upodmiotowienie samorządowe. Skutkiem tego stało się upodmiotowienie etniczne, ponieważ gros działań na rzecz języka kaszubskiego podejmują placówki samorządowe (np. domy kultury) na miejscu (…)

Duży postęp wykazują działania edukacyjne. Korzystnie wpłynął na nie fakt, iż elity kaszubskie były już przed przełomem demokratycznym mentalnie przygotowane na wprowadzenie edukacji kaszubskojęzycznej. Wysoka jest dynamika tego przyrostu: w roku szkolnym 2004/05 4000 dzieci uczyło się języka kaszubskiego, obecnie jest ich 16000! Taki skok był możliwy tylko dzięki mechanizmowi wsparcia edukacji. Na ten cel przeznaczane są duże kwoty .

Momentem przełomowym dla języka kaszubskiego było wprowadzenie w roku 1996 normy ortograficznej (niestety jest ona ciągle niekonsekwentnie przestrzegana przez niektórych pisarzy). Bez standardu nie ma możliwości wprowadzenia języka do szkół. Po 150 latach dyskusji udało się tę normę boleśnie wynegocjować. Istnieją programy nauczania i podręczniki. Wielkim problemem jest kształcenie nauczycieli. Edukacja kaszubskojęzyczna jest rozwijana przez samouków. Nie ma akademickiego tytułu kaszubologa. Problemem pozostaje również mały zakres edukacji przedszkolnej – nie ma na ten cel funduszy wsparcia takich jak w przypadku edukacji szkolnej.

Ze spisu wynika ponadto, że użytkownicy języka kaszubskiego są po Romach najsłabiej wykształconą grupą w Polsce. Realia socjolingwistyczne nie są jednak dobrze zbadane. Pogłębione socjolingwistyczne badania w terenie są z tego powodu ważnym postulatem. Nie ma także badań kwestii, czy lub na ile praktyki w życiu publicznym wyhamowują zanik języka. Potrzebna jest ewaluacja.

Co oznacza kształtowanie się języka literackiego dla odmian dialektalnych? Odpowiedź na to pytanie jest ważna w kontekście legitymizowania nauki w szkole. Przykład z praktyki: Dziecko opowiada w domu o obyczajach kaszubskich, o których dowiedziało się w szkole, a potem słyszy: „Ale my tak tego nie nazywamy, czego wy się tam uczycie?” Domowa kaszubszczyzna jest inna niż język w szkole. Z tego wynika napięcie: Jak upowszechnić odmianę standardową i nie zatracić bogactwa dialektalnego? Sprawa jest trudna.

Zadania na przyszłość są związane także ze sposobem realizacji polityki językowej. Czy będzie ona skoordynowana? Powinno powstać jakieś ciało wspierania języka. W tej chwili na poziomie województwa koordynacji nie ma.

Dalszy postulat: Język kaszubski w przedszkolu oraz kaszubologia na uniwersytecie. Planowany projekt etnofilologii nie ruszył, pomimo że zgłosiło się 14 chętnych. Bez ekstraordynaryjnych rozwiązań prawnych i finansowych na poziomie centralnym kierunek nie ruszy nigdy. Społeczność kaszubska jest zbyt mała, aby osiągnąć wymaganą minimalną liczbę studentów. Tutaj trzeba coś zrobić, bo w przeciwnym razie 16000 uczniów pozostanie wkrótce bez kadry nauczycielskiej. Trzeba znieść dla studiujących kaszubologię opłaty za drugi kierunek. Musi istnieć możliwość kształcenia nawet wtedy, gdy przyjdzie tylko ośmiu lub pięciu kandydatów.

Aktywność społeczności kaszubskiej rośnie, jest coraz więcej projektów językowych i ochoty na działania. Zadaniem na przyszłość będzie rozwój kultury popularnej w sferze językowej.

ciąg dalszy nastąpi

Grzegorz Wieczorek, sekretarz Dangi

Zaszufladkowano do kategorii Non classé | Dodaj komentarz

Towarzystwo Danga: Sposobów ochrony i wspierania śląszczyzny nie trzeba wymyślać na nowo. Spójrzmy, jak chronią dziedzictwo językowe w Europie

Relacja z konferencji „Europejskie i Regionalne Instrumenty Ochrony Języków Zagrożonych” (1. część)

Dwa miesiące temu odbyło się niezwykłej wagi wydarzenie, które przemknęło nieomal bez echa, nie zauważone przez śląskie i ogólnopolskie media. 5 listopada w Sali Kolumnowej Sejmu RP odbyła się konferencja o ochronie języków mniejszościowych w Polsce pod tytułem „Europejskie i Regionalne Instrumenty Ochrony Języków Zagrożonych”. Konferencję tę zorganizowały Komisja Mniejszości Narodowych i Etnicznych oraz Biuro Analiz Sejmowych. Marszałek Sejmu Ewa Kopacz objęła ją honorowym patronatem. Z perspektywy śląskiej szczególnego znaczenia nabiera fakt, iż jeden z paneli dyskusji był poświęcony wyłącznie sprawom śląszczyzny.

Tŏwarzistwo Piastowaniŏ Ślōnskij Mŏwy Danga docenia dobrą wolę organizatorów oraz chęć dialogu. Śląszczyzna ciągle nie jest uznanym językiem regionalnym, a Ślązacy nie są wymienieni w ustawie o mniejszościach narodowych i etnicznych. Komisja nie miała więc obowiązku z urzędu zająć się dążeniami środowisk śląskich.

Do Sejmu przybyła liczna reprezentacja z Górnego Śląska. Wśród uczestników znaleźli się także członkowie Dangi: prezes dr Józef Kulisz oraz dr Artur Czesak, pracownik naukowy Katedry UNESCO do Badań nad Przekładem i Komunikacją Miedzykulturową na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Jagielońskiego. Byli także reprezentanci Śląskiej Ferajny, Pro Loquela Silesiana, a nawet przeciwnicy uznania języka śląskiego regionalnego skupieni wokół wicewojweody śląskiego Piotra Spyry.

Konferencja trwała ponad sześć godzin. Ze względu na obfitość materiału postanowiliśmy, że relację z konferencji oraz komentarze opublikujemy w częściach, w formie skróconego protokołu wraz z podtytułami – będzie to wygodne rozwiązanie zarówno dla autora relacji, jak i dla czytelnika. Niestety brak czasu oraz ogrom innych obowiązków spowodował, że nie udało nam się zdać relacji zaraz po konferencji. Waga wydarzenia przekonała nas jednak, iż trzeba to zaniedbanie nadrobić, choćby nawet z dwumiesięcznym opóźnieniem.

*

1. część – Dr Tomasz Wicherkiewicz: „Europejskie standardy ochrony języków zagrożonych”

Pierwszym prelegentem był dr Tomasz Wicherkiewicz, językoznawca, założyciel i prezes Unii Języków Regionalnych i Mniejszościowych w Polsce oraz członek zarządu organizacji EBLUL (European Bureau for Lesser Used Languages / Europejskie Biuro Języków Mniej Używanych). W swoim referacie wyjaśnił on, na czym polega zagrożenie i wymieranie języków oraz ich odmian w skali dużego, europejskiego państwa jakim jest Polska. Podzielił się również sugestiami, co można zrobić dla zachowania ginącego krajobrazu językowego Polski, przybliżając jednocześnie europejskie standardy ochrony języków zagrożonych.
#

Moment krytyczny: rodzice przechodzą na drugi język w kontaktach z dziećmi

Publikacja Ethnolog ostatnio doliczyła się 7.105 języków na świecie. Języki Europy stanowią niewielką część tego bogactwa. Jednak bardzo znaczna część spośród kilkuset języków Europy to języki już zagrożone bądź wymierające. Sytuacja gwar oraz dialektów jest z reguły jeszcze bardziej dramatyczna.

Co to znaczy, że język jest zagrożony? Taka sytuacja ma miejsce, kiedy użytkownicy mniejszych, słabszych etnolektów przestają się nimi posługiwać a na coraz szerszy zakres tematów wypowiadają się w języku innym, dominującym. Kluczowym momentem jest chwila, kiedy rodzice przechodzą na drugi język w obecności dzieci i w kontaktach z nimi. Maleje czy wręcz całkowicie zanika międzypokoleniowy przekaz rodzimego języka. To uważa się za moment krytyczny. Wraz z językiem w bezpowrotne zapomnienie odchodzą unikalne obrazy i wizje świata. Ginie dziedzictwo kulturowe, odzwierciedlone nie tylko w jego obrazach, ale nawet w strukturach językowych. Ginie sposób pojmowania relacji ludzi między sobą i ze światem zewnętrznym. Ginie wiedza naukowa tej społeczności (np. praktyki medyczne, klasyfikacja biologiczna) jak również wszelkie sposoby ujmowania obrazów świata w tym języku. Znika humor językowy, autoironia grupy, wyrażenia miłości, językowe przejawy grupowej żywotności czyli zbiorowe świadectwo stuleci istnienia i funkcjonowania wielu społeczności.

Proces ten wydaje się nieunikniony: Dziś absolutna większość ludności świata posługuje się zaledwie kilkoma procentami języków. Do tych kilku procent pozostałych społeczności należy cały olbrzymi wachlarz języków. W Europie działania asymilacyjne państw narodowych przyczyniają się do sytuacji, że wszystkie inne języki w państwie – oprócz państwowego – są zagrożone. Liczba języków całkowicie niezagrożonych w Europie jest uderzająco niska.

Z Wikipedii:
Aktualnie języki zagrożone dzielą się według kryteriów Atlasu języków zagrożonych UNESCO na cztery grupy. Podobnie internetowa strona UNESCO kategoryzuje 2 500 z istniejących języków w pięć poziomów zagrożenia:

  • zagrożone (unsafe) – językiem posługują się tylko niektóre dzieci lub też wszystkie dzieci, ale w ograniczonym zakresie,
  • zdecydowanie zagrożone (definitely endangered) – językiem posługuje się głównie pokolenie rodziców i starsze,
  • poważnie zagrożone (severely endangered) – języka używa głównie pokolenie dziadków i starsze,
  • krytycznie zagrożone (critically endangered) – język zna tylko garstka osób z najstarszego pokolenia,
  • wymarłe (extinct) – językiem nikt się już nie posługuje.

Jeśli spojrzymy na cały krajobraz językowy Polski – wraz z jego uznanymi oraz nie uznanymi językami (do tych ostatnich należy język wilamowski) oraz kompleksami językowymi o dyskusyjnym statusie (na przykład śląszczyzna), to ze zgrozą trzeba stwierdzić, iż języków niezagrożonych – poza językiem polskim – w Polsce już nie ma.
#

Jak to robią w Europie?

Unia Europejska opiera poszanowanie i ochronę mniejszości na podstawowej zasadzie niedyskryminacji, ale od pewnego czasu repertuar działań jest o wiele większy. Już nie poprzestaje się na zakazie dyskryminacji, ale wprowadza się regulacje prawne o charakterze zachęcającym, pozytywnym a wręcz kreatywnym dla organów i instytucji państwa czy elit grup językowych.

Do regulacji tych należy przede wszystkim art. 22 karty praw podstawowych, który mówi, że „Unia respektuje różnorodność kulturową, religijną i językową”. Zakres stosowania tego dokumentu nie jest zbyt powszechny. Największą rolę odgrywaEuropejska Karta Języków Mniejszościowych i Regionalnych, która odnosi się do konkretnych zagrożeń, przed którymi stoi większość języków Europy. (…) Między innymi jest mowa w karcie „o uznaniu potrzeby zdecydowanych działań na rzecz języków regionalnych”) To nie są tylko martwe przepisy: dzięki tej karcie wyhamowuje się proces wymierania, albo przenosi się ciężar planowania językowego w tych często małych społecznościach na inne dziedziny użycia, nawet gdy przestają one pełnić funkcję komunikacyjną wewnątrz tych społeczności.
#

Przykłady działań pozytywnych na rzecz języków zagrożonych w Europie

1. Przykładem pozytywnym może być język arański na samym skrawku północnej Hiszpanii, mający tylko 4.000 użytkowników. Dzięki oficjalnemu statusowi w administracji lokalnej Doliny Aran oraz uznaniu praw na terenie całej Katalonii język arański rozwija się w pełnym zakresie planowania językowego.

Strategie rewitalizacji języka kornwalijskiego oraz języka manx na Wyspach Brytyjskich są wręcz modelowymi strategiami rewitalizacyjnymi dla języków, które już straciły swojego ostatniego użytkownika. Społeczność swoimi wysiłkami zdołała je zrewitalizować. Są już dzieci, które nimi się posługują. Co ważne, istnieją miejsca pracy, którym towarzyszy wymóg znajomości tych języków.

2. Inny przykład to nauczanie języków tak zagrożonych jak dolnołużycki czy saterfryzyjski w Niemczech. Stosowane nowoczesne, eksperymentalne metody nauczania przekraczają przerwany przekaz pokoleniowy.

3. Dalszym przykładem jest Portugalia, która nie ratyfikowała europejskiej Karty. W 1999 roku przyjęto tam ustawę o prawach językowych społeczności mirandyjskiej, zamieszkującej gminę Miranda do Douro. Tworzy ją 5000 mieszkańców, którzy mówią językiem mirandyjskim. Państwo portugalskie uznało prawo do rozwoju języka mirandyjskiego jako kulturowego dziedzictwa i narzędzia komunikacji, jak również wspiera tożsamość regionu Miranda. Dzieci mają prawo do nauki języka mirandyjskiego, instytucje publiczne mogą publikować swoje dokumenty tym języku. Państwo wspiera również działania naukowe i edukacyjne mające na celu kształcenie nauczycieli języka i kultury mirandyjskiej. Uniwersytet w Porto, któremu powierzono to zadanie, wykształcił już troje nauczycieli dla tej grupy.

4. Również Łotwa należy do państw, które nie ratyfikowały Karty. Pomimo to ustawa o języku z 1990 roku zapewnia ochronę i rozwój języka liwskiego jako języka rdzennej ludności Łotwy. Na Wybrzeżu Liwskim nazwy miejscowe i nazwy instytucji publicznych, organizacji, imprez, przedsiębiorstw są tworzone i używane również w języku liwskim.

Ostatnia rodzima użytkowniczka języka liwskiego umarła latem tego roku. Grupa składająca się z około 100 osób uważających się za Liwów, nauczyła się tego języka i uważa go za część swojej tożsamości. Pomimo że większość z nich nie komunikuje w tym języku na co dzień, państwo dalej zapewnia tej społeczności opiekę.

5. Najbardziej kompleksowy przykład: włoska prowincja Trydent, wchodząca w skład autonomicznego regionu Górna Adyga/Tyrol Południowy. W tejże prowincji mieszka ok. 7500 Ladynów, oprócz tego około 2000 użytkowników starobawarskiej odmiany mocheni i około 800 Cymbrów, użytkowników innej, jeszcze bardziej archaicznej odmiany bawarsko-austriackiej. Zwróćmy uwagę na skalę liczb!

Co prowincja robi dla zachowania swoich zagrożonych, maleńkich, peryferyjnych języków? Powołano Ladyński Instytut Kultury, przyjęto ustawę o ochronie i promocji kultury niemieckojęzycznych społeczności, wprowadzono nauczanie języka ladyńskiego we wszystkich szkołach prowincji! (pomimo, że język ten ma tylko 7500 użytkowników). Przyjęto regionalną ustawę o ochronie mniejszościowych grup językowych. Stworzono podstawy samorządu dla wspólnot mniejszościowych. Ukoronowano to przyjęciem ustawy o językowych prawach społeczności mniejszościowych w autonomicznej prowincji Trydent. Czołowym wyrazem działalności tych społeczności są instytucje kultury. Każda grupa językowa ma swój instytut. Pomimo faktu, że państwo włoskie jak i sam Trydent są zadłużone, chroni się w ten sposób dziedzictwo językowe. Wszystkie 3 grupy mają ponadto rozbudowany samorząd. Wszelkie sprawy dotyczące tych językowych grup rozstrzyga niezależna agencja do spraw mniejszości. Istnieją regulacje, które gwarantują rekrutacje, szkolenie oraz doskonalenie nauczycieli na potrzeby wszystkich tych trzech grup.

To pozytywne przykłady tego, jak współdziałanie regionalnych, państwowych i europejskich czynników może przyczyniać się do poprawy perspektyw dla zagrożonych języków.

Oprócz tego istnieją jeszcze dokumenty UNESCO, które są mniej znane, choć zabezpieczają kulturowe dziedzictwo ludzkości. Zachęcają one do twórczości, wpierają bogactwo językowe, promują nauczanie kilku języków od najmłodszych lat. Oprócz tego promują one językową różnorodność w cyberprzestrzeni oraz dostęp do informacji we wszystkich językach. Polska ratyfikowała niedawno konwencję UNESCO w sprawie ochrony niematerialnego dziedzictwa. Konwencja ta uznaje kluczową rolę języka w przekazywaniu tego dziedzictwa. Wiele dóbr jest nierozerwalnie związanych z językiem jako narzędziem tradycji ustnych. Niektóre państwa do chronionych dóbr kultury włączają całe kompleksy językowe.

ciąg dalszy nastąpi

Autor artykułu: Grzegorz Wieczorek, sekretarz Dangi

Zaszufladkowano do kategorii Non classé | Dodaj komentarz

Danga kontra Maria Pańczyk: Nie odwołujmy się do emocji i irracjonalnych lęków

Odpowiedź dra Henryka Jaroszewicza na tekst Marii Poździej-Pańczyk W podzięce za troskę panu Michałowi. O śląszczyźnie (Dziennik Zachodni, 13.07.2012)

Przysłuchuję się uważnie prowadzonemu na łamach Dziennika Zachodniego dialogowi Michała Smolorza i Marii Pańczyk na temat języka śląskiego. Jako że ostatnio przyszło mi komentować wypowiedź Michała Smolorza, tym razem chciałbym odnieść się w kilku słowach do tekstu Marii Pańczyk, zatytułowanego W podzięce za troskę panu Michałowi. O śląszczyźnie (DZ, 13.07.2012)

1.Marię Pańczyk, jak sama przyznaje, nie interesuje status śląszczyzny. Woli ona bowiem zachwycać się pięknem śląskich gwar i walczyć o ich zachowanie. Czyni to, zgodnie ze swoimi zapewnieniami, już przeszło dwadzieścia lat. Rzecz jasna, Marii Pańczyk należą się za te wszystkie wysiłki stokrotne podziękowania. Myślę jednak, że warto przy okazji zweryfikować efekty tych wieloletnich starań o zachowanie śląskiego gwarowego bogactwa. Niestety z żalem trzeba stwierdzić, że ich ocena może być tylko jedna – negatywna. Znajomość gwar śląskich jest coraz gorsza i o ile jeszcze starsze pokolenia Ślązaków gwarą władają stosunkowo dobrze, o tyle młodzi bardzo często służą się gwarami w formie wykolejonej i zniekształconej przez standardową polszczyznę. Nie można się temu dziwić. Rodzice coraz częściej kwestionują sens przekazywania znajomości gwary swoim dzieciom, a młodzi czują coraz większy opór w posługiwaniu się „mową chłopską, mową prostych ludzi” – bo tak przecież definiują pojęcie gwary nawet popularni i znani językoznawcy. Sztandarowa inicjatywa Marii Pańczyk, czyli wspomniany już konkurs Po naszymu, czyli po śląsku, z roku na rok wydaje się gromadzić coraz mniej uczestników. A co gorsza, coraz rzadziej – tak na konkursowej scenie jak i na widowni – widać twarze młodych ludzi. Nie może więc dziwić komentarz profesora Jana Miodka, który dość lapidarnie skomentował ten konkurs mówiąc: „Konkurs Marii Pańczyk Po naszymu, czyli po śląsku to jest skansen. Gwara zanika” (DZ, 26.03.2011). Biorąc wszystko powyższe pod uwagę, jasnym się staje, że stosowane do tej pory przez Marię Pańczyk metody walki o zachowanie śląskich gwar okazały się całkowicie nieskuteczne. Jeżeli cel ma zostać osiągnięty, a mowa Ślązaków ma przetrwać, konieczna jest zmiana stosowanych metod. Moim zdaniem wystarczy sięgnąć po skuteczny, opisany w wielu pracach naukowych i wielokrotnie sprawdzony w praktyce sposób ratowania słabnących żywiołów językowych. Polega on oczywiście na podniesieniu określonej mowy do rangi języka, rozpoczęciu jej kodyfikacji, ostatecznie objęciu tegoż kodu językowego prawną ochroną oraz wprowadzenie do istotnych sfer życia społecznego (szkoły, urzędy itp.). Taką drogę wybrali Kaszubi, Rusini Karpaccy, dziesiątki innych narodów i grup etnicznych na całym świecie. Dlaczego Maria Pańczyk nie chce pozwolić Ślązakom na skorzystanie z tej ostatecznej metody ratowania własnej mowy? Trudno znaleźć racjonalną odpowiedź na to pytanie.

2. Czytając tekst Maria Pańczyk wyraźnie można zauważyć, że autorka za wszelką cenę unika prowadzenia dyskusji , w której dochodziłoby do ścierania się rzeczowych argumentów i wypowiedzi. Być może wynika to z faktu, iż Maria Pańczyk ma świadomość, że w merytorycznej rozmowie nie byłaby w stanie obronić swojego stanowiska. W związku z tym wszelkie, nawet najbardziej rzeczowe i wyważone próby kwestionowania jej poglądów, zwyczajnie zbywa, posługując się przy tym dwoma dość prostymi zabiegami erystycznymi. Pierwszym z nich jest maskowanie słabości swoich poglądów, poprzez instrumentalne wykorzystywanie cudzego autorytetu, w tym wypadku Rady Języka Polskiego. W przekonaniu Marii Pańczyk, opinia Rady Języka Polskiego stwierdzająca, iż mowa Ślązaków to dialekt, zwalnia ją samą z konieczności dowodzenia słuszności swoich poglądów. Drugą erystyczną metodą, stosowaną przez Marię Pańczyk, jest próba personalnego skompromitowania interlokutora (argumentum ad personam). W tym konkretnym przypadku, próba ta polega na dowodzeniu, iż współrozmówca lub osoba o odmiennych poglądach jest kimś całkowicie niewiarygodnym, a wręcz śmiesznym. Nie może więc dziwić, że w tekście Marii Pańczyk jej oponenci to marionetki w rękach polityków, członkowie satelitarnych organizacji o liczebności koła gospodyń wiejskich, wreszcie mało rozumiejący chłopcy, którzy jeszcze niedawno biegali do szkoły z pukeltasiami na plecach.

Pierwszy z erystycznych wybiegów Marii Pańczyk dość prosto można obalić. Nie chciałbym w żadnym wypadku umniejszać dorobku naukowego, ani tym bardziej kwestionować wiedzy osób zasiadających w Radzie Języka Polskiego. W większości członkowie tej rady to najwybitniejsi polscy językoznawcy, naukowcy i specjaliści z zakresu wielu gałęzi filologii, którym wiedzy i naukowych dokonań można jedynie zazdrościć. Jasne jest jednak to, że ze względu na przeszkody formalne (ograniczona liczebność Rady), nie można włączyć do Rady Języka Polskiego specjalistów ze wszystkich dziedzin językoznawstwa. Tym samym trudno wśród jej członków odnaleźć badaczy specjalizujących się w socjolingwistyce, ekologii językowej, czy też problematyce standaryzacji języków. Nie trzeba chyba też przekonywać, że swobodne poruszanie się w tych obszarach językoznawstwa byłoby bardzo cenne przy podejmowaniu wszelakich decyzji dotyczących aktualnego statusu mowy Ślązaków. Można też żałować, że w skład Rady Języka Polskiego nie wchodzą tacy badacze jak: profesor Jolanta Tambor, autorka kapitalnej, socjolingwistycznej monografii pt. Mowa Górnoślązaków oraz ich świadomość etniczna i narodowa, profesor Bogusław Wyderka, redaktor monumentalnego, wielotomowego Słownika gwar śląskich, czy w końcu profesor Władysław Lubaś, ojciec polskiej socjolingwistyki, który już w latach 70-tych ubiegłego wieku zainicjował badania nad językiem potocznym Ślązaków. Warto nadmienić, że wspomniana trójka badaczy to oczywiście zwolennicy podniesienia śląszczyzny do rangi języka regionalnego. Biorąc wszystko to pod uwagę, trudno mi tak bezwarunkowo i bezrefleksyjnie – jak czyni to Maria Pańczyk – zaakceptować lapidarne orzeczenie Rady Języka Polskiego, wydane w sprawie śląszczyzny. A przy tym całkowicie zignorować dokonania naukowe i opinie najwybitniejszych, w moim przekonaniu, polskich socjolingwistów i znawców mowy śląskiej.

Erystycznej metody polegającej na dezawuowaniu racji interlokutora poprzez ataki ad personam nie wypada komentować. Można się jedynie zastanowić, czy tego typu wypowiedzi Marii Pańczyk są jedynie dowodem na kompletny brak merytorycznych argumentów, czy także próbą sprowokowania rozmówcy i sprowadzenia dyskusji na bezproduktywne mielizny kłótni?

W związku z oskarżeniami o polityczne manipulacje kwestią języka śląskiego nasuwa się jeszcze jedno pytanie. Jak długo zwolennicy śląskiego języka regionalnego będą musieli przysięgać, że nie są niecnymi indywiduami, chytrze skrywającymi swoje rzeczywiste plany? Że nie są narzędziem w rękach przebiegłych politycznych awanturników? Że nie są elementem antypaństwowym, który pod przykrywką troski o język śląski czyha na suwerenność i integralność państwa polskiego? Jak długo będą się musieli zaklinać, że chodzi im tylko o język Ślązaków i o nic więcej? Dyskusja z kimś, kto stosuje taką strategię dialogu jak Maria Pańczyk jest wyjątkowo trudna. Jak już w innym miejscu pisałem, nie jest łatwo o rzeczową dyskusję, kiedy jedna ze stron dialogu sięga po racjonalne, naukowe i trzeźworozsądkowe argumenty, a druga po argumenty odwołujące się do emocji lub irracjonalnych lęków.

3. Maria Pańczyk jako koronny argument przeciwko oficjalnemu uznaniu mowy Ślązaków za język uznaje to, że tego języka po prostu nie ma. A skoro nie ma języka śląskiego, w zasadzie nie ma o czym dyskutować, ani tym bardziej nie ma czego oficjalnie uznawać. Nietrudno zauważyć, że taki sposób rozumowania jest kolejną erystyczną sztuczką stosowaną przez Marię Pańczyk. Język śląski istnieje i jest tak samo realnym środkiem komunikacji jak każdy inny język na świecie. Dowodzi tego chociażby fakt, że Międzynarodowa Organizacja Normalizacyjna ISO, przydzieliła językowi śląskiemu normą ISO 639-3 odrębny kod SZL. Dowodzi tego fakt, że językiem śląskim posługiwało się według spisu powszechnego z 2002 r. przeszło 50 tys. obywateli Polski. Dowodzi tego fakt, że w Rozporządzeniu Ministra Administracji i Cyfryzacji z 14 lutego 2012 r. w sprawie państwowego rejestru nazw geograficznych wymienia się m.in. język polski, czeski, litewski, białoruski, niemiecki oraz śląski! Ostatecznie, jeżeli Maria Pańczyk chce się przekonać, że język śląski rzeczywiście istnieje, może po prostu posłuchać tego, jak mówią dzisiaj ci Ślązacy, którzy jeszcze pamiętają mowę swoich ojców.

Oczywiście, Maria Pańczyk usłyszy inną gwarę w cieszyńskiej wsi, inną na przedmieściach Opola, inną na jednym z katowickich blokowisk. Te różnice wcale jednak nie oznaczają, że język śląski to czysta fikcja i że istnieją tylko śląskie gwary. Przecież gdyby Maria Pańczyk pojechała do podpoznańskiej wsi, potem do małego miasteczka na Podlasiu, a ostatecznie wybrała się w okolice Zakopanego, to za każdym razem także usłyszałaby inną mowę. Czy to znaczy, że tak naprawdę języka polskiego nie ma, a istnieją tylko polskie gwary? Oczywiście że nie! Język śląski jest realnym bytem, który – podobnie jak każdy język, w tym polski – cechuje się terytorialno-gwarowym zróżnicowaniem. Podstawową różnicą, którą odnaleźć można pomiędzy śląszczyzną i polszczyzną jest to, że językowi śląskiemu na razie brakuje jeszcze jednej, ogólnie przestrzeganej normy w obrębie każdej z płaszczyzn języka (ortografii, gramatyki, słownictwa itd.). Zadaniem, które stoi przed zwolennikami oficjalnego podniesienia mowy Ślązaków, nie jest więc stworzenie języka śląskiego (co często się mylnie sugeruje), ale wykształcenie w obrębie istniejącego języka śląskiego jego standardowej postaci. Zadanie to jest o tyle łatwe, że norma ortograficzna języka śląskiego została już przygotowana przez zespół działający pod kierownictwem prof. Jolanty Tambor. Normę ortograficzną, która jest już często stosowana, wystarczy więc jedynie dopracować i upowszechnić.

4. W ostatniej wypowiedzi Marii Pańczyk ponownie pojawiają się sformułowania mówiące o tym, że regionalny język śląski będzie sztucznym tworem, „śląskim esperanto”. Co gorsza, zdaniem Marii Pańczyk, zwolennicy języka śląskiego będą do jego nauki zmuszali śląskie dzieci, które tym samym nie będą już mogły mówić swoim „językiem serca”, czyli swoją gwarą. Naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego Maria Pańczyk tworzy tak nonsensowne i nie mające nic wspólnego z rzeczywistością wizje.

Regionalny język śląski nie będzie „śląskim esperanto”. Będzie po prostu kolejnym językiem wariantowym, jakich na świecie funkcjonują dziesiątki. Dzięki temu w strukturze śląszczyzny zostanie zachowana specyfika językowa wszystkich śląskich subregionów: katowickiego, opolskiego i cieszyńskiego. Norma języka śląskiego będzie oczywiście akceptować istnienie uwarunkowanych terytorialne dubletów leksykalnych, ortograficznych, gramatycznych. Wszystko właśnie po to, aby każdy ze Ślązaków – niezależnie od tego gdzie mieszka – mógł uznać ten język za swój i odnaleźć w nim swoją domową mowę. Na świecie istnieje wiele wariantowych języków, które częstokroć są używane w różnych państwach (rusiński, niemiecki), czasem nawet na różnych kontynentach (angielski, hiszpański), a mimo to funkcjonują z powodzeniem, rozwijają się i pełnią ważkie funkcje komunikacyjne i kulturotwórcze. Nie wydaje się, aby nie można było stworzyć wariantowego regionalnego języka śląskiego, zwłaszcza, że będzie on funkcjonował jedynie na małym wycinku jednego, w dodatku stosunkowo niedużego państwa – Polski.

Mam też nieodparte wrażenie, że Maria Pańczyk pisząc o sztucznym, „śląskim esperanto” nieco się zagalopowała. Ewidentnie umknął bowiem jej uwadze fakt, że różnice istniejące pomiędzy poszczególnymi polskimi gwarami oraz dialektami są zdecydowanie większe niż w przypadku śląskiego obszaru gwarowego. Co jednak istotne, pomimo tej wielkiej różnorodności język polski istnieje od wieków, rozwija się i jest akceptowany przez swoich użytkowników. Nikt nie kwestionuje sensu jego istnienia, nikt też nie nazywa polszczyzny „polskim esperanto”. Dlaczego Maria Pańczyk nie chce poddać druzgocącej krytyce idei standardowego języka polskiego, który – zgodnie z jej sposobem rozumowania – trzeba by uznać za rażący przykład sztucznego języka, heterogenny zlepek różnorodnych gwar i dialektów, hybrydalny wytwór językopodobny? Na to pytanie odpowiedź zna chyba tylko Maria Pańczyk. Jasne jest, że norma języka śląskiego zapisana i skodyfikowana w słownikach oraz gramatykach będzie się różniła od języka używanego w śląskim domu, czy na śląskiej ulicy. Będzie więc w pewnym sensie „sztuczna”. Ale ta „sztuczność” jest cechą każdego języka i nie należy się jej obawiać. Żaden bowiem język nie jest, i z definicji być nie może, tożsamy z gwarą. Dotyczy to także języka polskiego – przecież jasne jest, że przeciętny mieszkaniec Podlasia, Kujaw, Podhala czy Wielkopolski w codziennym życiu nie posługuje się wiernie tą odmianą polszczyzny, która rozbrzmiewa z odbiorników radiowych, której znajomość wymagana jest w urzędach, która jest nauczana w szkołach na lekcjach polskiego. Rozdźwięku pomiędzy normą języka śląskiego a jego poszczególnymi gwarami nie należy się bać tym bardziej, że w śląskich realiach wspomniana językowa różnica nie będzie wielka. Można nawet przypuszczać, że dzięki swojej wariantowej budowie regionalny język śląski będzie bliższy każdej śląskiej gwarze, aniżeli ma to miejsce w przypadku języka polskiego i poszczególnych polskich gwar oraz dialektów. Mieszkańcowi Rybnika, Koźla czy Cieszyna łatwiej będzie odnaleźć swoją domową mowę w języku śląskim, aniżeli mieszkańcowi Zakopanego, Hajnówki, czy Leszna swoją mowę w standardowej polszczyźnie. Pisząc o gwarze i języku trzeba zauważyć jeszcze jedną rzecz – gwary nie można nauczać i chyba nigdzie na świecie nie naucza się jej w szkołach. W szkołach, czy urzędach jest miejsce tylko dla języków. Tym samym, stawiany czasem zarzut, że zamiast języka śląskiego trzeba uczyć w szkołach poszczególnych śląskich gwar, jest całkowicie nietrafiony.

Zarzut o zmuszanie dzieci do porzucania swojej ojczystej, śląskiej mowy jest ewidentną próbą tworzenia przez Marię Pańczyk irracjonalnej atmosfery zagrożenia. Co zaskakujące, tworzony jest tu obraz aluzyjnie przywołujący okres zaborów, kiedy to użycie języka polskiego, „języka serca”, było zakazane. Cóż począć z takimi wypowiedziami Marii Pańczyk? Czy naprawdę muszę dowodzić, że zwolennikom regionalnego języka śląskiego dalekie są ideały zaborców i ideologów Kulturkampfu? Że nie będą się domagać, aby użycie języka polskiego czy śląskich gwar było zakazane w śląskich szkołach? Proszę, nie sprowadzajmy dyskusji do jakiegoś horrendalnego absurdu.

5. Maria Pańczyk uważa, że zamiast wspierać finansowo ideę języka śląskiego, jego rozwój i popularyzację, lepiej wydać przyznane środki finansowe na badania gwaroznawcze, słowniki gwar, edukację regionalną. Nie dostrzega jednak jednego prozaicznego faktu – w polskich realiach prawnych żadna gwara nie może liczyć na jakiekolwiek istotne wsparcie aparatu administracyjnego, w tym wsparcie finansowe. Zgodnie z polskim prawem i dwiema obowiązującymi ustawami – Ustawą o języku polskim 1999 r. oraz Ustawą o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz języku regionalnym z 2005 r. – na ochronę i wsparcie liczyć mogą jedynie języki: narodowy język polski, regionalny język kaszubski oraz języki mniejszości narodowych. Brakuje więc ram prawnych, które umożliwiałyby finansowanie śląskich projektów, o których mówi Maria Pańczyk. Z punktu widzenia prawa, mowa Ślązaków ma obecnie taki sam status jak gwara poznańska, slang warszawskich kieszonkowców, czy profesjolekt pilotów pracujących w polskich liniach lotniczych. Nic więc dziwnego, że na ochronę mowy śląskiej i jej rozwój w budżecie państwa pieniądze się nie znajdą. Trzeba sobie jasno uświadomić, że tak długo jak mowa Ślązaków będzie jedynie gwarą, nie będzie ona mogła liczyć na żadne istotne finansowe wsparcie ze strony państwa polskiego.

Swoją drogą można sobie zadać pytanie, jaki cel miałby przyświecać prowadzeniu dalszych badań gwaroznawczych, czy podejmowaniu przedsięwzięć leksykograficznych, o których wspomina Maria Pańczyk? Gigantyczny śląski materiał językowy już został zgromadzony przez pokolenia badaczy, a teraz pokryty warstwą grubego kurzu w większości zalega w bibliotekach, dając obraz dawnej fizjonomii śląszczyzny. Co istotne, w żaden sposób to zebrane naukowe bogactwo nie zostało wykorzystane do działań mających na celu ratowanie żywej, śląskiej mowy. Jaki cel miałyby więc mieć nowe badania? Czyżby Marii Pańczyk po prostu chodziło o to, aby przygotować śląszczyźnie odświętny i godny pogrzeb, opisując jak najdokładniej wizerunek mowy Ślązaków zanim całkowicie zaniknie? Moim zdaniem konieczne są dalsze badania nad mową Ślązaków, konieczne są dalsze przedsięwzięcia leksykograficzne, ale ich sensowność w dużej mierze zależeć będzie od tego, czy zostaną włączone w działania, mające na celu aktywne ratowanie śląskiej mowy. W chwili obecnej gwary śląskie należy badać po to, aby móc lepiej ukształtować strukturę języka śląskiego. Należy przygotować nowy słownik, ale nie kolejny słownik śląskich gwar, tylko normatywny Słownik języka śląskiego. Po raz kolejny muszę jednak zauważyć, że dopóki mowa Ślązaków oficjalnie będzie funkcjonować jako gwara, wspominane projekty badawcze i leksykograficzne nie będą miały większych szans na realizację.

*

Kończąc mój komentarz, chciałbym wyrazić głęboką nadzieję, że uda się w najbliższym czasie przeprowadzić w Polsce spokojną, rzeczową i uczciwą dyskusję na temat możliwości podniesienia śląskiej mowy do rangi języka regionalnego. Liczę, że debata ta będzie pozbawiona irracjonalnych zarzutów, krzywdzących ocen, personalnych ataków oraz ironii i erystycznych sztuczek, które przecież tylko kamuflują słabości własnych poglądów i tez.

Apeluję o rozpoczęcie takiej dyskusji, bo Ślązacy na taką dyskusję po prostu zasługują.

dr Henryk Jaroszewicz
Uniwersytet Wrocławski
Tôwarzistwo Piastowaniô Ślónskij Môwy DANGA
hjarosz@interia.pl

Zaszufladkowano do kategorii Non classé | Dodaj komentarz

Wciąż trzeba tłumaczyć oczywistości

Dr Henryk Jaroszewicz: Komentarz do felietonu Michała Smolorza pt. „Belwederski autorytet końcowy”, opublikowanego w Dzienniku Zachodnim (26.09.2012)

Impulsem do napisania tych kilku słów komentarza była lektura najnowszego felietonu Michała Smolorza pt. „Belwederski autorytet końcowy”, w którym po raz kolejny na łamach Dziennika Zachodniego poruszony został problem powołania do życia regionalnego języka śląskiego. Czytając wspomniany felieton zastanawiałem się nad tym, dlaczego wciąż jeszcze trzeba tłumaczyć oczywistości? Dlaczego ciągle trzeba dowodzić tez dawno temu już udowodnionych, obalać poglądy, które współczesna lingwistyka dawno już obaliła?

*

Z pobieżnej nawet lektury podstawowych pozycji z zakresu socjolingwistyki (L.J. Calvet, D. Crystal, R. Bugarski, J. Fjallraven Kanken Sale Classic Fishman, E. Haugen itd.), wynika jednoznacznie, że oficjalne podniesienie statusu jakiegoś żywiołu językowego (dialektu, zespołu dialektów, zbioru gwar, mikrojęzyka, etnolektu itd.) do rangi samodzielnego języka, stanowi pierwszy krok ku zachowaniu takiego kodu językowego dla przyszłych pokoleń. adidas ultra boost męskie Zwykle za tym aktem następuje objęcie nowo powstałego języka prawną ochroną, a także rozpoczęcie procesu jego kodyfikacji. Wszystkie te trzy kroki – uzyskanie statusu języka, prawna ochrona, kodyfikacja – gwarantują młodemu językowi możliwość pełnego i niczym nie skrępowanego rozwoju, a także wyraźnie zwiększają poziom jego witalności. Jeśli te kroki nie zostaną jednak podjęte na czas, słabnący żywioł językowy w praktyce skazany jest na śmierć, czasem tylko poprzedzoną dłuższym lub krótszym okresem wegetacji. Nie może więc dziwić, że tak wiele różnych grup etnicznych oraz narodów – czasem przez dziesiątki lat – z godnym podziwu uporem prowadziło walkę o nadanie swojej mowie statusu języka, zabiegało o objęcie jej prawną ochroną oraz podejmowało wysiłki mając na celu jej kodyfikację. Reggie Jackson Baseball Jersey Wymieńmy tu tylko przykład Kaszubów, Rusinów, Ukraińców, Macedończyków, Walijczyków, Katalończyków, Prowansalczyków, Bretończyków itd.

W literaturze naukowej można oczywiście znaleźć obszerny opis pozytywnych zjawisk, które niesie dla każdego żywiołu językowego wcielenie w życie trzech, wspomnianych wyżej działań. Za najważniejsze można uznać fakt, że oficjalne uznanie danego kodu językowego za język i rozpoczęcie procesu jego kodyfikacji oznacza wyraźne podniesienie społecznego prestiżu takiego kodu. Nike Air Max 180

Nowo powołany do życia język cechuje się bowiem znacząco wyższym poziomem akceptacji oraz wyższym stopniem pozytywnego wartościowania u samych użytkowników, aniżeli wówczas, gdy funkcjonował jako gwara, dialekt, etnolekt itd. W polskim kontekście, taki właśnie proces pozytywnej przemiany w stosunku do swojej mowy, został niedawno świetnie opisany na przykładzie Rusinów Karpackich i języka rusińskiego (E. Michna). Nie ma więc najmniejszych wątpliwości, że także z chwilą nadania śląszczyźnie statusu języka i podjęciu działań kodyfikacyjnych, Ślązacy będą się śmielej nią posługiwać – również w sytuacjach publicznych, także w obecności dzieci oraz młodzieży. Z pewnością będą też częściej postrzegać śląszczyznę jako wspólne dobro, ze wszech miar zasługujące na szacunek. air max pas cher
Nie trzeba chyba tłumaczyć, jak pozytywnie taka zmiana postawy wobec własnej mowy wpłynie na witalność śląskiego żywiołu językowego.

Pisząc o zmianie stosunku wobec śląszczyzny, nie można też zapominać, że z chwilą podniesienia jej do rangi języka regionalnego, z mowy Ślązaków zostanie zdjęta łatka ‘gwary’, a więc mowy ludzi prostych, ludzi niewykształconych, gorzej sytuowanych materialnie, zazwyczaj pochodzących ze wsi, cywilizacyjnie i mentalnie zacofanych, w dodatku nie umiejących poprawnie mówić po polsku. Takie właśnie potoczne rozumienie słowa ‘gwara’ (często jednak wspierane autorytetem językoznawców) od dziesiątków lat negatywnie wpływało na stosunek Ślązaków do ich mowy. Budziło kompleks niższości, tworzyło myślową matrycę: ‘mówię po śląsku, czyli jestem mniej zdolny, gorzej wykształcony, mniej kulturalny i mniej w życiu osiągnę niż ci, którzy mówią czysto po polsku’. Boston Celtics

Ten kompleks, który drastyczne osłabiał żywotność śląszczyzny, można dzisiaj wykorzenić tylko w jeden sposób – właśnie poprzez nadanie mowie Ślązaków rangi języka i rozpoczęcie procesu jej kodyfikacji. Jeśli za kilkanaście lat śląska mowa będzie miała już ugruntowany i przez nikogo nie kwestionowany status języka, a każdy Ślązak będzie mógł kupić w księgarni gramatykę języka śląskiego lub słownik języka śląskiego, z pewnością nie będzie mu łatwo uwierzyć, że jest „zacofanym chamem, który mówi tylko po chłopsku i do końca życia nie nauczy się dobrze mówić po polsku”. A tak właśnie jeszcze do niedawna – jak można wyczytać w pracach polskich socjolingwistów (W. Lubaś) – częstokroć określano ludzi, którzy w codziennym życiu nie posługiwali się standardową polszczyzną.

W pracach naukowych zwraca się uwagę na to, że prawna ochrona i wsparcie administracji państwowej – w tym finansowe – potrafi zagwarantować określonemu językowi możliwość pełnego rozwoju i zapewnić właściwy status w życiu danego społeczeństwa. new balance 1600 femme Jasne jest, że jeśli śląszczyzna nie uzyska statusu języka, nie będzie możliwa nauka śląskiego w szkołach, nie będzie możliwe używanie śląskiego w każdym ważnym aspekcie życia publicznego (np. Air Jordan 6 For Kids w urzędach, sądach), nie będzie możliwe prowadzenie zakrojonych na szerszą skalę projektów badawczych dotyczących śląszczyzny i jej językowego bogactwa, nie będzie możliwe prowadzenie działań popularyzujących posługiwanie się językiem śląskim, nie będzie możliwości prowadzenia aktywnej działalności wydawniczej po śląsku, nie będzie możliwe przeciwdziałanie procesom prowadzącym do degeneracji śląskiego żywiołu językowego itd. Na przeszkodzie temu stanie polskie prawo, które gwarantuje prawną ochronę oraz wsparcie finansowe jedynie językom (polskiemu, kaszubskiemu, językom mniejszości), a nie gwarom. Dopóki więc śląszczyzna będzie miała (z punktu widzenia polskiego prawa) taki sam status jak dialekt mazowiecki, albo gwara poznańska, nie ma najmniejszych szans na to, aby mogła się rozwijać bez przeszkód oraz aby była traktowana poważnie – czyli tak, jak na to zasługuje.

Socjolingwiści od dawna mają również świadomość tego, że bez istnienia chociażby zarysu normy, trudno jest konkretnemu kodowi językowemu pełnić rolę pełnowartościowego tworzywa kultury. Nie jest możliwe powstanie nowoczesnego piśmiennictwa, wytworzenie się normalnego obiegu czytelniczego, nie ma szans na rozwój nowoczesnej literatury śląskiej, jeśli w obrębie śląszczyzny będzie istniał taki normatywny chaos jak w chwili obecnej. Nie może więc dziwić, że śląscy twórcy już teraz głośno domagają się kodyfikacji śląskiego żywiołu językowego (A. Lysko). Maglia Hakeem Olajuwon Jeżeli śląszczyzna nie zostanie skodyfikowana – rzecz jasna w sposób respektujący jej gwarowo-dialektową różnorodność – trudno jej będzie przekroczyć próg poliwalencji i intelektualizacji. Kodyfikacja jest więc warunkiem koniecznym, aby śląszczyzna nie tkwiła w stagnacji i nadążała za cywilizacyjnym rozwojem Śląska oraz potrzebami jego mieszkańców.

Zaszufladkowano do kategorii Non classé | Dodaj komentarz

Spór o ortografię Ślabikŏrza (część II) – Erozja „autorytetów”

Dyskusja w Dzienniku Zachodnim. Dr Artur Czesak: Reakcja na wypowiedzi dr Bożeny Cząstki-Szymon i prof. Jana Miodka dotyczących rzekomych błędów ortograficznych w Gōrnoślōnskim Ślabikŏrzu. Listu nie opublikowano

Umywam ręce. Jak Piłat – wywiad z prof. Janem Miodkiem (DZ, 25 marzec 2011 r.)

Szanowni Państwo,
prasa codzienna nie jest najlepszym miejscem do dyskusji coraz bardziej specjalistycznej. Jednak aby Czytelnicy nie mieli wrażenia, że oto dano już odpór niedouczonemu polemiście, a słuszne jest to, co zawsze słyszeliśmy, czuję się zmuszony do ponownego zabrania głosu.

Dr Bożena Cząstka-Szymon każe nie uznawać ważnej śląskiej cechy językowej (Dziennik Zachodni, 25 marzec 2011 r.)

1. Pani Doktor Bożenie Cząstce-Szymon:

– nieodrzucenie mojej argumentacji w sprawie pujdymy, zbujnik, dziubek odczytuję jako pośrednie przyznanie się do błędnej oceny przez Panią Doktor rzekomych literówek;

– na śląskim obszarze dialektalnym występuje wyraźna różnica między kontynuantem staropolskiego *ō (o długiego) oraz powstałą w wyniku innych procesów fonetycznych głoską oznaczaną w piśmie przez ů, ó, ō, pośrednią między o a u (wóz, móm ‘mam’, dóm ‘dom’, drót ‘drut’, welónek ‘wybory’, niesóm ‘niosą’) a kontynuantami dawnej samogłoski u, zarówno długiej, jak i krótkiej. Oddaje ją wspólna z polszczyzną pisownia przez odpowiednio ó i u, lub jak w Ślabikŏrzu – przez ō i u. Nie jest to kwestia błaha;– popularyzacja nie może być uproszczeniem – musi być oparta na dogłębnych studiach i znajomości faktów. W ortografii stosuje się zarówno zasadę morfologiczną, jak i fonetyczną. Autorzy Ślabikŏrza czynili to świadomie i rozważnie. Wymowa i pisownia fto (= pol. kto) jest wynikiem rozwoju prasłowiańskiego *kъto (K. Dejna, Dialekty polskie, s. 133) m.in. na Górnym Śląsku, a nie ujednolicenia dźwięczności w grupie spółgłoskowej, jak w przytoczonym przez Panią Doktor wczora we wsi (wym. fczora we fśi). To różne zjawiska, a nie niekonsekwencja;

– właśnie ignorowanie zasady fonetycznej i automatyczne dopasowywanie zapisu śląskich form językowych do ortografii polskiej może przyczyniać się do rozchwiania systemu fonologicznego najmłodszego pokolenia użytkowników śląszczyzny, nie zaś wierność autentycznej wymowie zachowana w Ślabikŏrzu. Nie można czynić zarzutu z szacunku dla językowego dziedzictwa regionu.

2. Panu Profesorowi Janowi Miodkowi, który wprawdzie nie wymienił mojego nazwiska, ale dość radykalnie podważył moje kompetencje (stopień doktora nauk humanistycznych nadał mi Wydział Filologiczny UJ):

– na podstawie publikacji dawnych i nowych (K. Nitsch, R. Olesch, J. Wroniczowa, J. Kąś) podtrzymuję, że w wymowie znacznej części Górnego Śląska (a także w płd. Małopolsce) istnieje oboczność w przedrostku odpowiednika ogólnopolskiego czasownika pójść. W rozkaźniku występuje tam pódź (z kontynuantem dawnej samogłoski długiej), a w formach czasu nieprzeszłego pojawia się –u-: puda, pujdymy. Jest to jedna z różnic rozwojowych tego obszaru Słowiańszczyzny w stosunku do historii polskiego języka ogólnego. Zestawienie przez Pana Profesora tej zleksykalizowanej i interesującej dla dialektologa różnicy ze słowem Bóg, gdzie mamy do czynienia z regularnym rozwojem fonetycznym (wzdłużenie zastępcze), jest nieuzasadnione;

– w słowie wstępnym do książki laureata konkursu „Po naszymu…” Bogdana Dzierżawy pt. Z biegiem Rudy napisał Pan Profesor, że język okolic Rybnika jest „żywą lekcją dialektologii”. Na s. 54 znajduje się tam forma pudymy. Ktoś nie uważał na lekcji;

– opinia Pana Profesora, że gwarę śląską zapisywać należy zgodnie z polską ortografią, nie jest bezdyskusyjna i oczywista. Wymaga raczej doprecyzowania i poparcia argumentami racjonalnymi, a nie estetycznymi czy emocjonalnymi, ponieważ na tle paralelnych procesów przemian statusu dialektów oraz tworzenia się i rozwoju tzw. mikrojęzyków literackich brzmi co najmniej anachronicznie.

Z wyrazami szacunku

Artur Czesak

Zaszufladkowano do kategorii Non classé | Dodaj komentarz

Spór o ortografię Ślabikŏrza (część I) – O śląskiej ortografii i odpowiedzialności uczonych

Dr Artur Czesak: Reakcja na wywiad z z dr. Bożeną Cząstką-Szymon Śląska krowa zeżre żabę (Dziennik Zachodni, 11 marzec 2011 r.)

Wywiad z dr Bożeną Cząstką-Szymon „Śląska krowa zeżre żabę” (DZ 11 marca 2011 r.) List ukazał się w DZ 14 marca 2011 r. pod tytułem „Językoznawca ma znać język

W Dzienniku Zachodnim z 11 marca ukazała się rozmowa red. Teresy Semik z dr Bożeną Cząstką-Szymon pt. Śląska krowa zeżre żabę. Na początku poruszono kwestię obecnej w Gōrnoślōnskim ślabikŏrzu pisowni pujdymy, zbujnik, dziubek. Dziennikarz ma prawo nie wiedzieć, więc w imieniu swoim i czytelników pyta, językoznawca ma się znać na języku i rzetelnie odpowiedzieć.Tak się niestety nie stało, a to sprawia, że piszący te słowa czuje się w obowiązku zabrać głos w pierwszej kolejności jako dialektolog, następnie zaś jako recenzent ślabikŏrza wydanego przez Towarzystwo Kultywowania i Promowania Śląskiej Mowy „Pro Loquela Silesiana” we współpracy z Tôwarzistwem Piastowaniô Ślónskij Môwy „Danga”.

Indagowana dr Cząstka-Szymon (dez)informuje czytelników „Dziennika Zachodniego”, że śląskie wyrazy wyżej wymienione śląskie wyrazy należy pisać „zgodnie z polską ortografią przez »ó«”, że w Gōrnoślōnskim ślabikŏrzu mamy do czynienia z błędami ortograficznymi oraz że śląskiemu dziecku „rozchwieje […] się system ortograficzny, bo w tej samej linijce znajdzie zapisy: »pójdź« przez »ó« i »pójdymy« przez »u«” (sic! – A.C.). Następnie red. Nike Air Max 2017 Dames roze

Semik pyta, czy reguły opracowane wraz z prof. Jolantą Tambor mówią o pisowni „»zbójnik« przez »u«”, co dr Cząstka-Szymon uznaje za „chyba jednak literówki”.

Postaram się odpowiedzieć omówić te kwestie jak najkrócej i jak najjaśniej. Przede wszystkim mowa jest pierwotna względem pisma. Ślązacy mówili i mówią pódź i pu(j)dymy. Pisownia taka jest zgodna z wymową. Wprowadzenie ujednolicenia zapisu przez ó, jak w polskim języku ogólnym, wprowadzałoby zamęt i uniemożliwiało pisanie ze słuchu tym, którzy czynnie władają śląską mową. Oboczność ta występuje zresztą nie tylko na Górnym Śląsku, lecz także w Małopolsce i jest to fakt, który powinien być wszystkim znany, gdyż pisał o nim m.in. AIR ZOOM PEGASUS 34

prof. Kazimierz Nitsch w Dialektach polskich Śląska (wyd. New Balance 1600 damskie z 1939 r., s. asics flamingo sklep 39), gdzie ze znanych dr Cząstce-Szymon gwar zaolziańskich przytacza nie tylko pujdzie, zbuj, zbujnik, oraz w fundamentalnych i podręcznikowych zarazem Dialektach języka polskiego (wyd. z 1957 r., s. Grey Black Jordan Shoes 121). Air Max 2013
Wymowa dziub, dziubek, dziubos obecna jest w gwarach śląskich i małopolskich, w literaturze fachowej zauważona już w 1896 r., respektowana w publikacjach dla szerszego grona czytelników jak np. Słownik gwar orawskich Józefa Kąsia z 2003 r. Zbuje w Gōrnoślōnskim ślabikŏrzu występują w tekście Pawła Kubisza, opublikowanym w 1932 r. w „Zaraniu Śląskim”. Pisał tak również zaolziański autorytet Józef Ondrusz.

Autorzy ślabikŏrza nie są językoznawcami, ale dzięki wytężonej pracy posiedli ekspercką wiedzę. Nie zasługują na to, by traktować ich z pobłażaniem lub strofować za rzekome literówki.

Jakkolwiek dobierać by słowa, mamy do czynienia albo z manifestacją niewiedzy, albo złej woli. fjallraven kanken sale Czuję się zażenowany. Penn State Nittany Lions Tu idzie o fakty, a nie o ich interpretację, pozwolenie lub niezgodę na istnienie języka śląskiego w jakiejkolwiek formie.

PS. O anarchicznej koncepcji doboru leksyki, ortografii i tworzenia oraz stosowania reguł gramatycznych przez Andrzeja Rocznioka pisałem w innych miejscach, więc tu i teraz nie zajmę się krytykowaniem „Ślabikorza ABC” jego współautorstwa, zwłaszcza w kontekście tekstu, który wyraża po prostu dezaprobatę dla tego rodzaju form chronienia i prób rewitalizowania mowy Górnoślązaków. Postponowanie „czelodki sebranej bez prof. Tambor Jolanta i Rocznioka Andrzyja” przez red. T. Semik ironicznym sformułowaniem „światłe głowy” jest oburzające. Krytyka – tak. Nagonka – nie.

 „Materiały i Prace Komisyi Językowej Akademii Umiejętności w Krakowie” I: 1896, s. 56 (http://ia600308.us.archive.org/20/items/materyayipracek00jzgoog/materyayipracek00jzgoog.pdf).
 „Zaranie Śląskie” VIII: 1932, z. 2, s. 83 (http://www.sbc.org.pl/dlibra/doccontent?id=4696).
 J. Ondrusz, Przysłowia i przymówiska ludowe ze Śląska Cieszyńskiego, Wrocław 1960, s. 60, nr 1650.
 A. Czesak, Kajko i Kokosz po śląsku – szpas na serio, [w:] Między oryginałem a przekładem. asics pas cher XIII: Poczucie humoru a przekład, red. J. Konieczna-Twardzikowa, M. Maria Filipowicz-Rudek, Kraków 2008, s.

Zaszufladkowano do kategorii Non classé | Dodaj komentarz

„Nowy” język śląski i legenda o 13 gwarach

Dr Artur Czesak: Głos w dyskusji w „Dzienniku Zachodnim” (18 i 25 luty 2011 r.) – listu nie opublikowano

Wywiad z prof. Heleną Synowiec – Dziennik Zachodni (18.02.2011 r.) – Kliknij na ôbrŏzek

Obserwuję ostatnią dyskusję w „Dzienniku Zachodnim”, ożywioną debatą w sejmowej komisji mniejszości narodowych oraz konferencją i publikacjami związanymi z Dniem Języka Ojczystego.

Najpierw zajmę się kwestią zmityzowanej, a może pechowej liczby 13 gwar. Liczba wygląda efektownie, przemawia do potocznej wyobraźni i wydaje się mieć moc argumentu w dyskusji o niemożności skodyfikowania śląskiej ortografii i postulowania nadania językowi śląskiemu prawnego statusu języka regionalnego.

Liczbę 11 gwar wymieniła w 2008 r. podczas konferencji w Katowicach prof. Iwona Nowakowska-Kempna. Sądzę, że uczona odwoływała się do podziału prof. Alfreda Zaręby, który wyróżnił 8 zespołów gwarowych, a część dzieliła się na mniejsze, więc można się doliczyć 11. Ale na przykład obszar IVa z mapy Zaręby to „dialekty centralne” – na prawym brzegu Odry, z Gogolinem, Strzelcami Opolskimi, Gliwicami, Pyskowicami, Zabrzem, Bytomiem, Rybnikiem i zachodnią częścią pow. pszczyńskiego. Zaręba nie napisał „gwara centralna”, lecz „dialekty centralne”, bo każdy, kto się interesuje brzmieniem śląskiej mowy, jest w stanie wskazać wiele różnic, także systemowych, między gwarą spod choćby spod Góry Świętej Anny i spod Wodzisławia Śl. Liczba lokalnych systemów językowych, nazywanych gwarami, nie jest określona. Ze strukturalistycznego punktu widzenia każdy system różniący się jakąś trwałą cechą – nie chodzi tu o słownictwo – jest osobny. Część powiatu pszczyńskiego oraz powiat bieruńsko-lędziński zalicza się do „dialektów pogranicza śląsko-małopolskiego”, ale tamtejsi Ślązacy umieją wskazać różnice między sposobami mówienia Bierunia, Bojszów, Grzawy itd. Gwar śląskich jest więc kilkadziesiąt.

Nie wnosi to jednak niczego do dyskusji o tworzeniu języka śląskiego. Procesy językotwórcze toczą się w dużej mierze na polu kulturalnym, symbolicznym, społecznym. Wystarczy poszerzenie perspektywy: tak działo się w XIX wieku, gdy „stworzono” język serbsko-chorwacki, „odrodzono” język czeski, „usamodzielniono” język słowacki. Ileż było natrząsania się dziennikarzy i elit społecznych, gdy języków ukraińskiego i białoruskiego chciano używać w publicystyce i nauce. Wmawiano im chłopskość, prostactwo i bycie zbyt mocno zróżnicowaną mieszaniną cech rosyjskich i polskich, aby można było stworzyć „prawdziwy” język. Kilkanaście lat temu ogłoszono narodziny języka rusińskiego, a bodaj dwa lata temu w Preszowie napisano w tym języku pierwszy doktorat.

Także współcześnie – jeśli ktoś mówi o tym, że na Kaszubach sprawa była prosta, nie wie o tamtejszym rekordzie – doliczono się 76 gwar. Uogólniona wersja kaszubskiego została stworzona i wydyskutowana przez aktywne elity naukowe, literackie i społeczne. Lokalne sposoby mówienia i pisania trwają, ale korzyści z powstania standardowej wersji języka przeważają. Staje się on bowiem dobrem wspólnym, rozwijanym i pielęgnowanym, rozbudowywanym o terminologię ustalaną przez Radę Języka Kaszubskiego.

W tym kontekście uwagi pani senator Marii Pańczyk-Pozdziej, że jeden język może lokalne odmiany w jakiś sposób zdominować, należy traktować poważnie. Podzielam tę troskę, nie zgadzam się z wnioskami.

Zatem, mimo że sytuacja wydaje się zupełnie nowa, można powiedzieć, rozszerzając perspektywę na całość Słowiańszczyzny, a nawet na wszelkie języki małe i zagrożone: nihil novi. Język śląski daje się ująć w typologiach tworzonych przez badaczy kontaktów językowych i socjolingwistów. Pracujący w Tartu prof. Aleksandr Duliczenko już ponad 30 lat temu wyróżnił kategorię „mikrojęzyków literackich”. Dzięki autorom piszącym po śląsku nie tylko o skarbniku, Antku i Francku i utopcach (z całym szacunkiem dla tradycji, ale to tak, jakby kulturę polską ograniczyć np. do Kochanowskiego i Halki) mamy teksty, które w żaden sposób nie mieszczą się w pojęciu „gwary ludowej”. Niech za przykład posłużą Duchy wojny Alojzego Lyski, Listy z Rzymu Zbigniewa Kadłubka, a nawet kreacyjna, choć gramatycznie „niepoprawna”, twórczość Bolesława Paździora.

„Rodzenie się” języków standardowych jest także z punktu widzenia socjolingwistyki procesem naturalnym, podobnie – niestety, powie kulturoznawca – jak ich umieranie.

Językoznawstwo zna również uznane języki, mające piśmiennictwo, lecz normę policentryczną. Z przykład może być język rusiński – różniący się wieloma cechami na wschodzie Słowacji, w Polsce, Rusi Zakarpackiej i w Wojwodinie. Rolą językoznawców jest wspieranie swą ekspercką wiedzą środowisk mających na celu przeciwdziałanie zanikowi niematerialnego dziedzictwa kulturowego, jakim jest język jako taki. Nieuniknione – moim zdaniem – jest zachowanie dość szerokiego zakresu wariantywności, ponieważ istnieją co najmniej trzy centra piśmiennictwa: Rybnickie z okręgiem przemysłowym, Cieszyńskie z ortografią w zasadzie ustaloną sto lat temu i Opolskie. Pisarze, wydawcy i może uczeni, znający całość językowego obszaru śląskiego, jak prof. Bogusław Wyderka, będą w stanie ustalić wspólne normy i elementy nie podlegające pełnej unifikacji. Tak, jak działo się to z polszczyzną w pierwszej połowie wieku XVI. Nihil novi.

Novum polega na tym, że po 20 latach wolności coraz szersze grono obywateli uważa, że może w pełni, swobodnie, artykułować swoją tożsamość, nie czując na sobie ciężaru totalitaryzmu. O wszystkim można dyskutować, a więc także o tym, iż w polskiej szkole na Górnym Śląsku wielokrotnie dokonywano aktów wykluczenia gwar śląskich z polszczyzny. Budowanie u uczniów „podwójnej kompetencji językowej” również bywało odczuwane jako „tępienie” gwary, a to dlatego, że po śląsku nie uczono pisać i w majestacie nauki w najlepszym razie konserwowano jego rolę mowy nie nadającej się do publicznego komunikowania, może poza jakimiś festynami. Przemocy fizycznej od czasów pruskiej rózgi do polskiej linijki towarzyszyła i towarzyszy „przemoc symboliczna”.

Nowe jest to, że „nowe” śląskie elity nie uważają za konieczne ograniczać swojej śląskości ze względu na „wiadome siły” i groźbę nazwania swych działań „wodą na młyn odwetowców z Bonn”. Weryfikacją intencji są czyny, a ich oceny można dokonywać samodzielnie i jawnie, bez ulegania propagandowym zaklęciom. Także i to jest nowe, że mówiący po śląsku przestają się czuć przez swą mowę napiętnowani, odrzucają schematy myślenia, nazywanego w nauce „kolonialnym”, w którym mówienie haitańskim kreolem lub powiedzenie w towarzystwie „chopie, podź sam” jest bardzo śmieszne – dla przyjezdnych sprawujących władzę i „tubylców”, którzy przyjęli kulturę dominującą za swoją. Ich walka z „młodymi” miewa smutne cechy obrony życiowych wyborów, podejmowanych w odmiennych i trudnych warunkach.

Nowe jest to, że wolność druku i publikowania w Internecie pozwalają każdemu, kto ma dobrą wolę, zapoznawać się z argumentacją każdej ze stron.

Nowe jest to, że demonstracyjne profesorskie niezadowolenie lub podniesiony głos nie są argumentami rozstrzygającymi i zamykającymi dyskusję.

dr Artur Czesak, językoznawca polonista, dialektolog, członek Towarzistwa „Danga”

Zob. także: Artykuł Czy etnolekt śląski winien mieć status języka regionalnego? wraz z bibliografią.

Dyskusja w Dzienniku Zachodnim o statusie śląskiej mowy:

  1. wywiad z prof. Heleną Synowiec „Nasza godka to nie język” z DZ 18.02.2011 r.
  2. artykuł Teresy Semik „Mowa śląska doczekała się nobilitacji” z DZ 25.02.2011 r.

Zaszufladkowano do kategorii Non classé | Dodaj komentarz

Danga kontra prof. Synowiec: Dlaczego brak możliwości edukacji ma być cnotą?

Reakcja na wywiad z prof. Heleną Synowiec z Uniwersytetu Śląskiego „Nasza godka to nie język” (Dziennik Zachodni, 18.02.2011 r. – opublikowano mały fragment)

W wywiadzie „Nasza godka to nie język” w Dzienniku Zachodnim z 18 lutego 2011 r. pani prof. Helena Synowiec stwierdza, że kodyfikacja języka śląskiego oraz nadanie mu statusu języka regionalnego „zmierza do ujednolicenia, uznania cech jednego obszaru gwarowego za główne”. Konsekwencją takiego działania miałoby być powstanie sztucznego języka, który wcale „nie byłby już taki nasz”, i narzucenie go większości Ślązaków. Tŏwarzistwo Piastowaniŏ Ślónskij Mŏwy Danga protestuje przeciwko takim sugestiom, które nie pokrywają się z rzeczywistością. Ze smutkiem stwierdzamy, że powtarzanie po raz kolejny tych samych, nieprawdziwych tez wskazuje, że środowisko przeciwników śląskiego języka regionalnego nie jest zainteresowane szczerym dialogiem ze zwolennikami tej idei i nawet nie próbuje zapoznać się ani merytorycznie polemizować z argumentami strony przeciwnej. Równocześnie wykazuje ono niezrozumiałą dla nas obojętność wobec głosu ludzi, którzy na co dzień doświadczają w swoim otoczeniu szybkiego i prawdopodobnie nieodwracalnego zaniku śląskiej mowy jako języka prymarnego ludności.

Dlatego powtarzamy jeszcze raz, aby wreszcie przebiło się to do publicznej świadomości: Kodyfikacja śląskiego języka wg naszych założeń nie ma służyć narzucaniu Ślązakom opolskim lub cieszyńskim cech gwarowych obszaru przemysłowego, ani nie ma arbitralnie uznawać cech jednych gwar śląskich za bardziej poprawne od innych. Kodyfikacja jest potrzebna po to, żeby pomóc Ślązakom młodszego pokolenia rozstrzygać niepewności językowe i zapobiegać zanikowi śląszczyzny – czyli systemowemu mieszaniu mowy śląskiej z polszczyzną standardową. Kodyfikacja ma też umożliwić naukę śląskiej mowy tym, którzy w domu po śląsku już nie mówią, ale pragną powrócić do języka przodków.

Niepewności językowych przeciętny przedstawiciel średniego lub młodego pokolenia mówiący czy piszący po śląsku ma mnóstwo. Czy po śląsku powinno się mówić: do Zabrza, do Zŏbrzŏ a może do Zabrzŏ? Jaka zasada tutaj obowiązuje? Jest to pytanie, na które każdy zainteresowany powinien być w stanie sam sobie odpowiedzieć sięgając po ogólnie dostępny podręcznik lub poradnik.

Członkowie Dangi codziennie doświadczają, iż wiele cech językowych, które w pokoleniu naszych dziadków i pradziadków występowały konsekwentnie (do Zŏbrzŏ), w języku młodego pokolenia pojawia się już na przemian z wariantami typowymi dla polskiego języka standardowego (do Zabrza) lub zanika zupełnie na korzyść tych ostatnich (przykładem może być również śląska końcówka w dopełniaczu l. poj. rzeczowników odczasownikowych, wypierana przez polskie -a; do czyniynia zamiast do czyniyniŏ). Porównując język młodego pokolenia ze stanem języka na Górnym Śląsku opisanym w pracach Olescha, Zaręby, Steuera i innych dialektologów stwierdzamy jednoznacznie, że system językowy gwar śląskich ulega obecnie szybkiej erozji i miesza się z językiem standardowym nawet tam, gdzie dominuje jeszcze ludność autochtoniczna. Systemowe różnice międzypokoleniowe są już często większe niż różnice regionalne! Zjawisko to nie ogranicza się jedynie do miast i ich obrzeży, ale szerzy się również na wsiach. Trudno nam zrozumieć, że przeciwnicy kodyfikacji do tej pory w swoich publicznych wypowiedziach nie ustosunkowali się do tego problemu. W takich warunkach trudno o merytoryczną dyskusję.

Nasze rozumienie kodyfikacji oznacza więc, że warianty regionalne powinny pozostać równoprawne (na przykład końcówki 1. osoby l. poj. czasowników czasu teraźniejszego: idã, ida, idym, ide). Postulowane podręczniki do śląskiej gramatyki powinny zawierać mapki ukazujące zasięg poszczególnych wariantów oraz wskazówkę dla użytkowników, żeby używali form typowych dla regionu, w którym mieszkają. W ten sam sposób można potraktować wspomnianą w wywiadzie oboczność polóny/polŏty. W Atlasie Językowym Śląska autorstwa prof. Alfreda Zaręby zawarta jest mapka, na której przebieg tej izoglosy jest bardzo dokładnie przedstawiony. O żadnym narzucaniu obcej normy nie ma mowy.

„Danga” zauważa, iż strach przed jednowariantowością skodyfikowanej normy wynika z nałożenia na postulowaną kodyfikację ciasnych schematów myślowych przeniesionych z polszczyzny standardowej. Tymczasem w tych działaniach należy wzorować się nie na wielkich, okrzepłych językach państwowych, takich jak polski, niemiecki czy francuski, ale na językach i dialektach wspólnot mniejszościowych będących w podobnej do naszej sytuacji, których wiele zamieszkuje nasz kontynent. Języki mniejszościowe i regionalne z reguły są mniej lub bardziej niejednolite, a ich norma – o ile w ogóle istnieje – obejmuje z reguły warianty regionalne (na przykład kaszubski, łemkowski, dolnoniemiecki, ladyński). Śląska mowa nie jest więc pod tym względem wyjątkiem. To raczej pogląd, że istnienie kilku zespołów gwarowych miałoby uniemożliwić edukację językową, jest w skali europejskiej czymś dziwacznym i wyjątkowym. Nigdzie indziej nie jest to przeszkodą w organizowaniu takiej edukacji tam, gdzie istnieje taka potrzeba i gdzie część społeczności posługującej się takim językiem sobie tego życzy. To środowisko przeciwników śląskiego języka regionalnego, o ile uda mu się zniweczyć plany podniesienia statusu śląszczyzny, uczyni z naszego etnolektu niechlubny wyjątek, skazany przez nie mówiącą po śląsku większość na faktyczną eutanazję w szybko zanikających mikrospołecznościach.

Pani profesor na konferencji „W kręgu śląskiej kultury, tradycji i dialektu” 19.10.2010 r. w Warszawie apelowała do uczestników: „Mówić, ale nie pisać! Badać i uwrażliwiać, uczyć o gwarze, ale nie uczyć gwary!” Danga uważa, że dziwnie brzmią takie słowa z ust dydaktyka języka, którego interesują problemy kształcenia podwójnej kompetencji językowej uczniów w środowiskach gwarowych (tak pani profesor określiła się w wywiadzie). Chcielibyśmy od pani profesor się dowiedzieć, w jaki sposób kształcić śląską kompetencję językową uczniów nie ucząc (rozumiemy, że podwójna kompetencja językowa obejmuje również kompetencję w posługiwaniu się śląszczyzną). Jest to jedyny znany nam przypadek, gdzie nieuczenie zostało uznane za pożądaną metodę kształcenia kompetencji językowej!!! Nieuczenie jako metoda ochrony zanikającego systemu językowego jest swoistym dydaktycznym novum nie tylko na skalę europejską, lecz wręcz światową!

Ponadto prosimy panią profesor jako specjalistę dydaktyka językowego, aby nam wyjaśniła, jakie dydaktyczne zalecenia ma dla swoich studentów borykających się z konkretnymi niepewnościami językowymi (na przykład jeśli wahają się, jak mówić po śląsku: do Zabrza lub do Zŏbrzŏ, do Òrzysza czy do Òrzyszŏ)? W jaki sposób pani profesor wytłumaczy im istotę problemu „uwrażliwiając na gwarę i badając gwarę, lecz nie ucząc jej”? Podobnie jak studiowanie historii motoryzacji nie zastąpi nauki jazdy samochodem, nie wystarczy już dzisiaj samo tylko uwrażliwianie na gwarę, albo edukowanie o gwarze. Potrzebna jest nauka czynnego posługiwania się śląszczyzną!

Pani profesor zastanawia się w wywiadzie, jakie to gatunki wypowiedzi Ślązak miałby zapisywać. Postawienie takiego pytania świadczy o zupełnym oderwaniu od rzeczywistości, która nas otacza. Przecież pozycjami napisanymi w zamierzeniu po śląsku można zapełnić już niejedną półkę. Oprócz tego śląszczyzna podbija internet – medium, w którym funkcjonuje głównie w formie pisanej. Istnieje wiele list e-mailowych, prywatnych stron internetowych, portali, platform dyskusyjnych, których użytkownicy tworzą literaturę lub „tylko” dyskutują ze sobą – pisząc po śląsku. Niestety jakość językowa tych tekstów pozostawia zazwyczaj wiele do życzenia. Autorzy znają „gwarę” często mniej lub bardziej pobieżnie, cechy systemowe rzadko już stosowane są konsekwentnie. W tekstach tych uwidaczniają się wszystkie negatywne zjawiska składające się na erozję systemu, o których wspominaliśmy wyżej. Piszący często świadomi są tego, że ich teksty są błędne i niewiele już mają wspólnego z językiem tradycyjnym, lecz nie mając dostępu do pomocy edukacyjnych, ani nie obcując co dzień z pokoleniem dziadków, są zdani wyłącznie na błądzenie po omacku lub na zawodne przypominanie sobie, jak piyrwyj gŏdali starka. Jedynie znikoma garstka zapaleńców decyduje się sięgnąć po trudno dostępną literaturę dialektologiczną i dokształcać się samodzielnie. Sama liczba powstających tekstów świadczy dobitnie o tym, jak wielka jest potrzeba edukacji językowej. Trudno nam zrozumieć, dlaczego pani profesor potrzeby tej nie chce dostrzec.

Z zażenowaniem przeczytaliśmy pod wywiadem pogląd prof. Jana Miodka, że gwara jest mową prostych ludzi. Jest to stwierdzenie w oczywisty sposób wartościujące, utrwalające negatywne stereotypy, które mówienie po śląsku każą kojarzyć z brakiem wykształcenia i niskim statusem społecznym. Wielu z naszych członków i sympatyków to ludzie z wyższym wykształceniem, niektórzy z tytułami naukowymi, znający po kilka języków obcych. Ludzie ci świadomie, często wbrew otoczeniu i wbrew ogólnej tendencji, starają się starannie mówić po śląsku – także poza domem i na forum publicznym. Jeśli przyjmiemy, że mówienie gwarą nie jest właściwe dla człowieka wykształconego i – ogólnie rzecz biorąc – cywilizowanego, to czy nie czynimy w ten sposób wielkiego zamieszania w głowach młodych Ślązaków, których ze wszystkich stron nawołujemy do zdobywania coraz lepszego wykształcenia?

Danga uważa, że przypisywanie członkom jakiejkolwiek grupy językowej pewnych cech osobowości czy statusu społecznego właśnie ze względu na ich język, jest rzeczą niegodną humanisty.

Kwestionowanie potrzeby edukacji językowej młodego pokolenia Ślązaków to wielkie zaniechanie i zaniedbanie wobec dziedzictwa naszych przodków. Tego zaniedbania nie zrekompensują nawet najbardziej wyszukane słowa o „pięknej językowej skamielinie” albo o „języku Rejów i Kochanowskich”.

dr Józef Kulisz (prezes Dangi), Grzegorz Wieczorek (sekretarz Dangi)

Zaszufladkowano do kategorii Non classé | Dodaj komentarz

Czy etnolekt śląski winien mieć status języka regionalnego?

Dr Artur Czesak (Uniwersytet Jagielloński), Katowice 2009

Oczywiście rozstrzygnięcie może zapaść tylko na gruncie prawodawstwa państwowego, czyli politycznym, ale na wcześniejszym etapie prosi się o odpowiedzi m.in. językoznawców. Dla językoznawstwa zaś status danego systemu językowego jest mniej istotny i wtórny wobec uwarunkowań historycznych i demograficznych, które sprawiły, że jakiś system językowy rozprzestrzenił się na większym lub mniejszym terytorium, a ludzie nim się posługujący stworzyli trwały organizm państwowy bądź nie (…) Cały tekst (PDF)

Zaszufladkowano do kategorii Non classé | Dodaj komentarz

Mowa Górnoślązaków – nowe otwarcie?

Dr Artur Czesak (Uniwersytet Jagielloński), tekst opublikowany w: Śląsko godka. Materiały z konferencji „Śląsko godka – jeszcze gwara czy jednak już język” z 30 czerwca 2008 roku

Świadom historyczności chwili, wdzięczny za zaproszenie na tę konferencję, na własną odpowiedzialność podejmuję refleksję nad obecną sytuacją języka Górnoślązaków. Pragnę zwrócić uwagę na kilka kwestii, które są według mnie istotne i podejście do nich oraz sposób ich rozwiązania może zaważyć na przyszłości ślónskyj godki. Cały tekst (PDF)

Zaszufladkowano do kategorii Non classé | Dodaj komentarz