Potrzebujemy języka!

Nasze narzecze jest pociemniałe i twarde
Jak drzewo, które długo leżało pod wodą.
W naszym narzeczu mówimy niewyraźnie i
Cicho, bowiem języki nasze są podcięte.
Nasze narzecze rozumie Pan Bóg, a także
Śmierć – czujemy to wieczorami, przed zaśnięciem.
Jan Goczoł

Nasza mowa wymiera. Jak mówi czasami prof. Miodek, „wycofuje się”. Można ją jeszcze usłyszeć na terenach wiejskich, z dala od centrów kulturalnych, raczej od ludzi starszych wiekiem. Młodzi mieszkańcy miast, ludzie lepiej wykształceni, choć przeważnie jeszcze nieźle ją rozumieją, nie chcą się już nią posługiwać.

Dla wielu ludzi nie znających mowy śląskiej z domu, gdzie używało się jej w sposób naturalny, lub słabo ją pamiętających, mówienie po śląsku oznacza po prostu mówienie byle jaką „wsiową” lub slangową polszczyzną. Wielokrotnie spotkałem Polaków, którzy wyczuwając mój śląski akcent, być może chcąc mi zrobić przyjemność, starali się mówić do mnie, jak im się wydawało, po śląsku. W istocie mówili byle jaką polszczyzną, wplatając w nią parę znanych z kabaretów niemiecko brzmiących słów, całe mnóstwo polskich wyrażeń slangowych a także co nieco wulgaryzmów. Walnie do rozpowszechnienia się tego przekonania przyczyniają się media, które lansują kabaretowo-jarmarczny i prymitywny model śląskości.

Także i my, Ślązacy wyrośli i wychowani w śląskich domach, w „atmosferze” śląskiej mowy, choć ją kochamy, też w jakiś sposób mamy poczucie jej brzydoty i gorszości. Bez psychicznych barier potrafimy rozmawiać po śląsku z rodzeństwem, z rodzicami i krewnymi. Do nich „godało sie” od zawsze, przed nimi nie ma sensu się ukrywać. W kontaktach z nieznajomymi mówienie „po naszymu” przychodzi nam z trudnością. Nie umiemy też rozmawiać po śląsku z ludźmi, przed którymi czujemy respekt, z przełożonymi, ze starszymi, z nauczycielami. Pracując jako nauczyciel na uczelni wielokrotnie zaobserwowałem to zjawisko, próbując na zajęciach zagadywać gwarą do studentów, aby i ich sprowokować do tego samego. Często wychodził z tego bełkot. Widziałem, że oni, mimo że chcą mówić po śląsku, jakoś nie potrafią. Zaczynają się jąkać, mieszają słowa polskie ze śląskimi a także z różnymi wyrażeniami slangowymi.

Rozmawianie z kimś „po naszymu” trąci pewną poufałością, która kłóci się z dystansem, jaki odczuwamy w stosunku do niektórych ludzi. Nie potrafimy w naszej mowie znaleźć form adekwatnych do wyrażania szacunku, jaki w naturalny sposób z naszej strony pewnym osobom się należy. Nie umiemy mówić w sposób elegancki i uroczysty.

Wielkim i smutnym szokiem było dla mnie odkrycie, że dwaj moi znajomi, rodowici Ślązacy, do swoich małych dzieci mówią po polsku. Sami na co dzień mówią gwarą, tak rozmawiają ze swoimi żonami, tak zwracają się do krewnych. Kiedy zapytałem dlaczego, usłyszałem, że to jakoś samo tak wyszło, że inaczej nie potrafią. Mówili to ze smutkiem, myślę więc, że nie ma w tym wyrachowania i konformizmu. Nasza mowa nie daje poczucia piękna. Podobnie jak my, mówiąc do kogoś, komu chcemy okazać szacunek, podświadomie czujemy, że bardziej adekwatne będzie użycie języka literackiego, tak rodzice, chcąc swym dzieciom dać to, co najlepsze, podświadomie przechodzą na polski.

Jesteśmy więc rozdarci, jak ta Judymowa sosna. Z jednej strony nasza mowa kojarzy się nam z tym, co bardzo osobiste i intymne, z naszym domem rodzinnym, ze swojskością, z bezpieczeństwem, z miłością. Chcemy więc ją zachować. Z drugiej strony czujemy, że jest ona gorsza, brzydsza, że brak w niej piękna. W naszym narzeczu mówimy więc niewyraźnie i cicho bo języki nasze są podcięte …

To odczucie gorszości, bylejakości języka automatycznie przenosi się na ludzi się nim posługujących. Sami postrzegamy naszych pobratymców jako bardziej pospolitych, mniej godnych szacunku. Chłopcy godający po śląsku uważani są za mniej atrakcyjnych, dziewczyny za brzydsze. Ten stosunek dotyczy wreszcie samooceny człowieka. Sami siebie oceniamy jako mniej wartościowych. Wobec Polaków mówiących „poprawnie” po polsku odczuwamy kompleks niższości. Albo tłumiąc w sobie żal próbujemy się do nich dostosować, albo zazdroszcząc im separujemy się i okopujemy w naszej śląskości, razem z językiem odrzucając wyższą kulturę, piękno i intelekt.

Wielokrotnie zastanawiałem się, dlaczego tak jest. Co jest źródłem upośledzenia naszej mowy. Niewątpliwie ogromne znaczenie mają tu przyzwyczajenia ludzi, nabyte podczas dziesięcioleci pieczołowitego niszczenia jej, rugowania ze szkół, mediów i innych miejsc publicznych oraz przedstawiania jej jako mowy niewykształconych wieśniaków i roboli, niegodnej człowieka kulturalnego. Ale czy przyczyna takiego stanu rzeczy jest tylko na zewnątrz? Dlaczego nasza mowa nie daje tego odczucia piękna, które mamy słuchając np. poezji w dobrym wykonaniu, albo oglądając przedstawienie teatralne. Czy przyczyna po części nie tkwi w nas samych, ponieważ sami nie szanujemy naszej mowy mówiąc chaotycznie i byle jak? Czasami można jeszcze usłyszeć starszych ludzi godających pięknie, aż serce rośnie i chce się ich słuchać i słuchać. Oni pamiętają język, jakiego używało się dawniej, kiedy jeszcze nie było telewizji a w niej „Nauki jazdy” i „Świętej wojny”. Jak niestety rzadkie jest to zjawisko!

Cóż jest przyczyną takiego a nie innego odczucia estetycznego? Dlaczego jedne rzeczy odczuwamy jako piękne, a inne jako brzydkie? Czy są to tylko pewne przyzwyczajenia ludzi, moda, która się zmienia i każe nam raz lubić małe zielone samochody o kanciastych kształtach, a za dwa lata auta duże, bordowe i raczej zaokrąglone? To też. Ale czy jest pod tym całym blichtrem coś, co się nie zmienia co sezon, jakaś trwała i prawdziwa wartość? Myślę, że tak. Zapewne zaprotestuje teraz wiele postmodernistycznych autorytetów, ale moim zdaniem warunkiem koniecznym (choć nie wystarczającym), żebyśmy mogli odczuwać coś jako piękne jest pewna staranność „wykonania”, wewnętrzna spójność i logika, harmonia i porządek. Dlatego wolimy rzeczy wykonane porządnie od tych zrobionych tandetnie. Dlatego lepiej czujemy się rozmawiając z kimś uczesanym i ubranym porządnie niż z kimś rozczochranym ubranym w zwisające spodnie z których wystaje pognieciona koszula.

To powiązanie piękna z porządkiem było intuicyjnie odczuwane przez ludzi od dawna, myślę nawet, że dawniej było ono odczuwane znacznie wyraźniej niż obecnie. Dlatego Polacy słowo „ładny” wywiedli od słowa „ład”. Dlatego słowo „kosmetyki”, czyli upiększacze, pochodzi od greckiego słowa „kosmos” oznaczającego właśnie porządek, ład, który Grecy przeciwstawiali chaosowi, czyli nieporządkowi i zamieszaniu.

Problem polega na tym, że nasza mowa tego podstawowego warunku nie spełnia. Nasza mowa nie jest uporządkowana. Nasza mowa jest chaosem a nie kosmosem i dlatego tak trudno jest nam mówić porządnie i pięknie, dlatego często odczuwamy ją jako brzydszą i gorszą. I myślę, że wielu z nas uwierzyło już, że tak to ma być. Tak jak kiedyś polska szlachta wierzyła, że „Rzeczpospolita nierządem stoi”, tak my za resztą kraju pozwoliliśmy się przekonać, że istotą mówienia po śląsku jest po prostu mówienie byle jak po polsku. Oklaskujemy i wynosimy na szczyty popularności ludzi często prymitywnych, sprowadzających naszą mowę i tradycję do poziomu rynsztoka.

To poczucie piękna języka, a raczej jego brak, oddziałuje i na nasze zewnętrze i na nasze wnętrze. W oddziaływaniu na zewnątrz język można by przyrównać do ubrania. Każdy z nas chce się ubierać starannie i ładnie. Nie mam tu na myśli gonienia za każdą nową modą. Mam na myśli to, co jest zdrowe, czyli unikanie niedbalstwa. Naturalne jest, że chcemy być schludni i ubierać się w czyste, wyprane rzeczy. Na specjalne okazje, np. wtedy gdy chcemy podkreślić uroczysty charakter jakiegoś wydarzenia, albo komuś okazać szacunek, ubieramy się szczególnie elegancko. Uważalibyśmy za gruby nietakt, gdyby ktoś poszedł do ślubu w potarganych dżinsach. Podobnie nie wypada iść na sumę do kościoła w przepoconej podkoszulce, adidasach i szortach – nie idzie się przecież na spotkanie z byle kim, tylko z samym Panem Bogiem. Język pełni podobną funkcję „zewnętrzną”. Spotykając ludzi chcemy „ubierać się” w porządny, czysty i schludny język. Jeśli do naszego rozmówcy mówimy byle jak, manifestujemy w ten sposób brak szacunku. Podobnie, jeśli ktoś mówi do nas ładnie, postrzegamy go jako wartościowszego człowieka i sami też czujemy się dowartościowani, bo okazano nam szacunek.

Ale język ma też funkcję wewnętrzną. Język jest nie tylko narzędziem do komunikowania się ludzi między sobą. Jest to też narzędzie do komunikowania się człowieka z samym sobą. Język jest w pewnym sensie „ubraniem” dla naszego intelektu, albo inaczej „narzędziem do myślenia”. Myślimy zawsze w jakimś języku. Nawet jeśli nie wszystkie myśli wypowiadamy na głos, zawsze formułujemy je za pomocą języka. Uważam więc, że kształt tego „ubrania”, albo sprawność „narzędzia” mają kolosalny wpływ na to, co myślimy i kim jesteśmy. Jak skarżą się czasami fizycy i filozofowie, wielu rzeczy nie potrafimy zrozumieć, bo w znanym nam języku brakuje odpowiednich słów i konstrukcji, żeby je wyrazić. Jeśli nasz język jest nieuporządkowany i byle jaki, całe nasze myślenie jest byle jakie. Jeśli nasz rozum jest byle jaki, całe nasze życie jest byle jakie. Jeżeli sam do siebie mówię byle jak, to znaczy, że sam sobie nie okazuję szacunku i sam siebie uważam za mniej wartościowego. Często wydaje mi się, że wielu z nas z tej bylejakości uczyniło swoją życiową filozofię. Jest to rodzaj jakiegoś samobójstwa duchowego. I powstaje w naszej psychice głębokie pęknięcie, bo przecież z drugiej strony cenimy sobie ład i porządek.

Płk. Ignacy Kowalczewski, oficer z polskiego garnizonu stacjonującego przed wojną w Tarnowskich Górach, napisał w swoim pamiętniku: „Niewątpliwie górujemy nad Ślązakami kulturą społeczną i towarzyską, a szczególnie najdoskonalszym narzędziem ludzkim – mową poprawną. Choć wielu z nich stoi od nas na pewno znacznie wyżej pod względem intelektualnym, czy też możliwości materialnych …” Czy czasem tu nie tkwi źródło naszego upośledzenia w życiu społecznym, naszego wiecznego kompleksu niższości, który każe nam dystansować się od kultury i edukacji, który powstrzymuje nas przed podejmowaniem życiowych i cywilizacyjnych wyzwań i sprawia, że na wolnym rynku idei i dóbr znowu jakby zaczynamy pozostawać w tyle, choć podobno jesteśmy pracowitsi, bardziej zdyscyplinowani i wytrwali? Czy nie jest to jedna z przyczyn tego, że lud porównywalnie liczny jak niejeden europejski naród nie potrafi wydać z siebie dość ludzi światłych, wreszcie pochodzących stąd, którzy potrafiliby wyprowadzić region z zapaści? Czy to, że ciągle przegrywamy z przyjezdnymi ze Wschodu i z Zachodu nie wynika z tego, że oni mają nad nami tę kolosalną przewagę w postaci najdoskonalszego narzędzia ludzkiego – mowy poprawnej?

Nie samym chlebem człowiek żyje. Człowiek potrzebuje piękna. Pan Bóg stworzył nas na swoje podobieństwo i wpisał w nasze serca tęsknotę do piękna razem z pragnieniem dobra. Potrzebujemy piękna tak samo, a może nawet bardziej, niż jedzenia i powietrza. Tylko że o ile zawsze ceniliśmy dobroć, to nasza ascetyczna mentalność kazała nam się do piękna odnosić z rezerwą. Traktowaliśmy je zawsze nieco podejrzliwie, myląc je z blichtrem i przemijającą modą, uważając je za zastrzeżony dla możnych tego świata zbytek i fanaberię a nawet za grzech. Rzadko też go szukaliśmy. Obawiam się, że nie potrafię nawet w naszej godce znaleźć słowa odpowiedniego do nazwania tego pojęcia!

A natury ludzkiej oszukać się nie da. Od pewnego czasu zastanawia mnie pewien fenomen. Śląsk zawsze słynął z zamiłowania do muzyki. Podobno mamy obecnie na Śląsku najprężniejsze środowisko muzyczne w Polsce a śląscy kompozytorzy znani są na świecie. Księża z kolei chwalą śpiew wiernych w kościele, który podobno ciągle jeszcze wyraźnie odróżnia nas od reszty kraju. Czy nie ma tu kontrastu w stosunku do ubóstwa naszego regionu w dziedzinie sztuk związanych ze słowem, tj. literatury i teatru? Czy nie jest tak, że wobec braku języka, który byłby nasz i jednocześnie byłby wystarczająco szlachetnym i doskonałym tworzywem dla twórczości artystycznej, nasza tęsknota za pięknem wyraża się w muzyce, która podobno jest „językiem międzynarodowym”? Czy nie jest to świadectwo jakiegoś okaleczenia? Bo muzyka jest językiem serca a nie umysłu i normalnego języka zastąpić nie może.

Jeśli więc chcemy przetrwać, jeśli chcemy się normalnie rozwijać, potrzebujemy języka. Potrzebujemy języka, który byłby nasz, tj. dawał nam poczucie swojskości, i jednocześnie dawał nam poczucie piękna. Warunkiem koniecznym przywrócenia naszej mowie piękna jest jej uporządkowanie. Dziwię się, że Ślązacy, podobno mający przywiązanie do porządku „zakodowane w genach”, nie zdobyli się do tej pory na to, żeby uporządkować swoją mowę!

Środkiem do uporządkowania naszej mowy jest język pisany. Dlaczego język pisany? Po pierwsze dlatego, że porządkując naszą mowę musimy się jej niejako na nowo nauczyć. Forma pisana jest mniej ulotna niż mówiona. Znacznie łatwiej jest rozpowszechniać teksty pisane niż nagrania dźwiękowe. Znacznie łatwiej jest się z nich uczyć.

Dopóki nasza mowa nie będzie miała oparcia w uporządkowanym języku pisanym, nasze godanie po śląsku będzie przypominało po trochu grę w głuchy telefon. Będziemy się mogli opierać tylko na tym co uda się nam usłyszeć od innych i zapamiętać. A słyszymy często niedokładnie. Przy tym niejako zanurzeni jesteśmy w środowisku języka ogólnego, zewsząd nas otaczającego. W tym języku mówi większość, tym językiem posługują się media. Przez ten ogólny hałas nasza godka ledwo się przebija. Nawet nie zauważamy, miesza się ona z polszczyzną i ustępuje pod jej naporem. Dzień za dniem, mówimy coraz mniej po śląsku, a coraz więcej po polsku. Mówią nam potem na konkursach gwary, że my młodzi nie potrafimy już tak dobrze mówić po śląsku jak nasi dziadkowie. Tylko nikt nie powie nam, co robimy źle – jak więc mamy mówić lepiej, jak mamy wydoskonalać się w mówieniu po śląsku?

Pismo pokazuje dokładnie, jak dane słowo jest zbudowane, jest ono niejako rozebrane na klocki – głoski i z nich złożone z powrotem. Zasady ortograficzne mówią nam, jak zapisane słowo wypowiedzieć. Nasza mowa musi więc mieć oparcie w uporządkowanym piśmie!

Po drugie język pisany, jako bardziej trwały i łatwiejszy do udokumentowania od mówionego, wymusza większą staranność. Pisanie po śląsku zmusi nas do używania naszej mowy z większym szacunkiem, namysłem i w sposób bardziej świadomy.

Wielokrotnie słyszałem opinie, że nie jest nam potrzebny standard języka pisanego. Można przecież zapisywać teksty „fonetycznie”, używając reguł ortograficznych języka polskiego, do których przywykliśmy. Tymczasem każdy człowiek mówi trochę inaczej, a słyszy jeszcze inaczej. Jeśli każdy będzie zapisywał słowa tak, jak je słyszy i jak mu się wydaje, że jest dobrze, powstanie z tego tylko zamieszanie. Właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia w tej chwili. Ostatnio przecież nawet dość sporo pisze się po śląsku a także w innych gwarach. I okazuje się, że tzw. pisownia „fonetyczna” jest w rzeczywistości tylko pewną gwarową stylizacją standardowej polszczyzny, w dalece niedoskonały sposób odzwierciedlającą fonetykę mowy, która jest zapisywana. Ktoś, kto nie zna gwary z domu, nie jest w stanie takiego tekstu dobrze przeczytać. Z tego powodu wspaniałą książkę kś. Tischnera „Historia filozofii po góralsku” trzeba było uzupełnić kilkoma kasetami magnetofonowymi z nagraną mową prawdziwych Podhalan!

Na dodatek, czego zresztą można się było spodziewać, każdy autor zapisuje „fonetycznie” język inaczej. Zdarza się, że w tekstach tego samego autora to samo słowo zapisywane jest na kilka sposobów. To potęguje odczucie chaosu i niedoskonałości naszej mowy. To bardzo utrudnia odbiór tekstów, bo człowiek czyta oczami a nie uszami! Jeśli nie ma przejrzystych reguł ortograficznych i gramatrycznych, jeśli nie ma ustalonego sposobu zapisywania poszczególnych słów, jeśli każdy robi to inaczej, to czytając taki tekst musimy sobie każde słowo niejako powtórzyć w myślach, żeby je zrozumieć. To sprawia, że czytanie jest czasochłonne i męczące. W taki sposób czytają tylko dzieci uczące się czytać. Dorosły człowiek czyta oczami, bez powtarzania słów w pamięci kojarząc do razu ciąg znaków z jego znaczeniem. Postęp cywilizacyjny wymusza na nas konieczność szybkiego „przetwarzania” coraz większych ilości informacji tekstowej. Ostatnio modne stało się nawet tzw. szybkie czytanie. Ludzie są skłonni drogo płacić za naukę tej umiejętności, organizuje się zawody, a najlepsi są podobno w stanie przeczytać kilkusetstronicową książkę w pół godziny. Jeśli nie dopracujemy się powszechnie zaakceptowanego standardu, wtedy pisany śląski nigdy nie stanie się sprawnym narzędziem porozumiewania się ludzi między sobą.

Język pisany w pewnym stopniu “żyje” niezależnie od języka mówionego. Mądrze przemyślany i nie uzależniony sztywno od wymowy standard języka pisanego stwarza przy tym szansę na to, że będziemy mieli jedno śląskie pismo a mieszkańcy poszczególnych części naszej małej ojczyzny będą mogli zachować specyficzne cechy swoich gwar, które, jak wiadomo, różnią się od siebie.

Nie oszukujmy się, że we współczesnym zglobalizowanym świecie, pod ogromnym naciskiem mediów, nasza mowa przetrwa długo jako gwara. W tej chwili wydaje się, że obserwujemy jej „rewitalizację”, wydawane są różne książki po śląsku, organizuje się konkursy gwary itp. Jednocześnie z „rewitalizacją” obserwujemy jednak tendencję do zamykania naszej mowy w swoistym cepeliowym rezerwacie albo muzeum osobliwości. Słyszałem jakiś czas temu wypowiedź prof. Miodka, który stwierdził, że bardzo nie lubi, gdy do konkursu „Po naszymu, po śląsku” zgłaszają się ludzie mówiący gwarą z naleciałościami inteligenckimi, tj. wtrącającymi do swoich wypowiedzi wymawiane po śląsku słowa zapożyczone z polskiego a oznaczające różne pojęcia abstrakcyjne. Prof. Miodek stwierdził, że to nie jest autentyczna gwara i że on jako juror takich kandydatów natychmiast odrzuca. W takim stwierdzeniu zawarte jest przekonanie, że po pierwsze gwara jest językiem zarezerwowanym tylko dla ludzi niewykształconych, po drugie, że gwara musi być językiem już zamkniętym, tj. że nie może ona rozwijać się, przyjmować nowych słów i rozszerzać swojego zakresu zastosowania. Oznacza to w istocie jej zamknięcie w rezerwacie hasioka, familoka i nudelkuli. W miarę, jak Ślązacy posługujący się swoją mową będą się coraz lepiej kształcić i wzbogacać swoje słownictwo, w miarę jak zmieniające się warunki życia spowodują odchodzenie w przeszłość starych sprzętów, zawodów, czynności i sposobów życia, coraz mniej ludzi będzie w stanie spełnić tak zdefiniowane kryterium autentyczności gwary – stanie się więc ona językiem martwym. O ile kiedyś naszej mowie szykowano „śmierć gwałtowną” poprzez szykanowanie ludzi się nią posługujących, to takie podejście nazwałbym zabójstwem z podaniem środków znieczulających, czyli eutanazją. Nie chcemy rezerwatu! Chcemy, aby nasza mowa żyła, chcemy jej używać na co dzień w różnych sytuacjach i okolicznościach!

I nie zmieni tej sytuacji napisanie stu nowych słowników gwarowych. Pisanie kolejnego słownika gwarowego tym różni się od pracy nad uporządkowaniem języka, że jest tylko biernym dokumentowaniem istniejącego stanu rzeczy, np. po to, żeby ocalić od całkowitego zapomnienia to, co zanika. Jest to zbieranie eksponatów do muzeum, po to, żeby za jakiś czas nowoczesny człowiek mógł sobie w tym muzeum pooglądać różne dziwaczne sprzęty, których już się dawno nie używa. Praca nad językiem zakłada natomiast dążenie do jego wydoskonalenia po to, żeby go używać i żeby ludzie mogli sprawniej się swoją mową posługiwać w zmieniającej się rzeczywistości.

I to jest właśnie moim zdaniem najistotniejsza różnica między językiem a gwarą. Nie ma tu znaczenia to, czy eksperci uznają, że nasza mowa wystarczająco różni się od polskiego, żeby ją nazwać językiem. Nie ma sensu się o to kłócić. Jeśli nasza mowa zostanie nazwana dialektem, mówmy o skodyfikowanym dialekcie, jeśli nazwą ją gwarą, mówmy o literackiej formie gwary. Istotne jest to, czy zdobędziemy się na pracę nad jej uporządkowaniem i wydoskonaleniem.

Aby przeciwstawić się negatywnym stereotypom i przywrócić naszej mowie piękno, sami musimy się nauczyć pięknie jej używać. Potrzebujemy ludzi, którzy pokażą nam na nowo, jak to zrobić, jak można się naszą mową posługiwać pięknie, ozdobnie i elegancko. Potrzebujemy więc literatury: wierszy, pieśni, poematów, powieści, na których będziemy mogli się wzorować. Uporządkowana, logiczna struktura języka jest czymś w rodzaju rusztowania albo szkieletu, w oparciu o który może powstać piękny utwór. Utalentowanych pisarzy i poetów nie można zaplanować i „wyprodukować”. O to możemy się tylko modlić. Można natomiast zrobić ten pierwszy krok i dać im „narzędzie” w postaci szlachetniejszej formy języka. Możemy też stworzyć atmosferę sprzyjającą rozwojowi potencjalnych talentów.

Nie łudźmy się też, że nie będzie nas to nic kosztowało. Opracowanie standardu będzie wymagało od nas wielkiej pracy. Przy pracy tej nieocenioną pomocą mogą wprawdzie być chcący pisać po naszymu entuzjaści amatorzy, ale decydującą jej część powierzyć trzeba dysponującym odpowiednią wiedzą specjalistom. Tych specjalistów musimy znaleźć, musimy im stworzyć odpowiednie zaplecze i warunki. Musimy też zdobyć się na pewien kompromis, bez którego nie da się stworzyć jednego standardu wspólnego dla wszystkich. Ten kompromis nie może jednak polegać na tym, że większość przegłosuje mniejszość, ale na poszukiwaniu form piękniejszych, bardziej uporządkowanych i logiczniejszych. Naszej mowy wszyscy będziemy musieli się niejako na nowo nauczyć. Jednak Śląsk jakiego chcemy, Śląsk wierny tradycji, ale kreatywny i twórczo wychodzący naprzeciw nowym wyzwaniom nie spadnie nam z nieba za darmo. Ten Śląsk będzie wymagał wysiłku, także intelektualnego. Ale inny Śląsk nie jest możliwy. Śląsk byle jaki, głupawy i „ańfachowy” zaprzeczyłby swoim korzeniom. Na wysiłek uporządkowania języka zdobyło się wiele mniejszych społeczności europejskich, takich jak Katalończycy, Baskowie, Walijczycy a także bliscy nam geograficznie i etnicznie Kaszubi. Uważam, że nie jest to zadanie, jakie przekraczałoby i nasze możliwości.

Przez lata prześladowań nauczyliśmy się, że sposobem na zachowanie naszej tożsamości jest trwanie przy tradycji naszych przodków. Wydaje mi się, że uparte trzymanie się starych zwyczajów i sposobów życia stało się nawet pewnym wyznacznikiem śląskości. Niestety, w zmieniającym się coraz szybciej świecie ta tradycja staje się dla nas coraz bardziej więzieniem. Bierne powielanie starych schematów może zarówno jednostki, jak i całe społeczności doprowadzić do katastrofy. Opracowanie języka pisanego, którego opanowanie będzie wymagało intelektualnej aktywności, może nam pomóc wydobyć się z zaklętego kręgu starych sposobów życia. Może ono mieć kolosalne znaczenie dla przemiany naszej mentalności. Bycie Ślązakiem nie będzie już polegało na biernym poddaniu się starym wzorcom. Bycie Ślązakiem będzie wymagało aktywności woli i umysłu. Być może dzięki temu otworzy się dla nas ścieżka, którą podążając będziemy mogli się rozwijać nie zaprzeczając swej tożsamości. Myślę, że powstanie języka mogłoby wyzwolić wielki niewykorzystany potencjał, który, jak uważam, wciąż drzemie ukryty w wielu wspaniałych ludziach, których na Śląsku jeszcze sporo zostało.

Nowoczesny język powinien stać się podstawą naszej tożsamości. Paradoksalnie podstawa taka, jako byt niematerialny, może w zmieniającym się świecie okazać się trwalsza niż wszystkie wartości i zwyczaje związane z kulturą przemysłową, na które tak chętnie się powołujemy. Przy tym w przeciwieństwie do takich cnót jak pracowitość czy uczciwość, które mają charakter uniwersalny, język jest wartością unikalnie nasza, pozwoli więc on nam wyróżnić się spośród ogółu.

Obawiam się, że jeśli na wysiłek uporządkowania języka się nie zdobędziemy, nasza mowa skazana jest na wymarcie. Jeśli chcemy sobie zaoszczędzić problemów i cierpienia, powinniśmy jak najszybciej o niej zapomnieć i przejść na standardowy polski. Tylko czy Śląsk będzie wtedy jeszcze Śląskiem, czy Ślązacy będą Ślązakami. Czy nie będzie tak, że pozostanie po nas tylko nazwa geograficzna i rezerwat – parę starych strojów w muzeum, no i może jeszcze „krupniaki” w karczmie piwnej na „barborkę”?

Myślę, że tak naprawdę wszyscy i ci, którzy jeszcze próbują walczyć, i ci, którzy już stracili nadzieję, instynktownie czujemy, że to byłby koniec. Gdzieś głęboko w naszych sercach wiemy, że nasza mowa jest dla nas czymś bardzo ważnym. Czujemy więź z tym godaniem, które kojarzy się nam z domem, z rodziną, ze wszystkim co swojskie, z godaniem, które jest tak bardzo nasze, jak to tylko jest możliwe. I wszystkich nas boli, że ta mowa zanika, „wycofuje się”. Niektórzy z nas ten ból próbują tłamsić w sobie, inni otwarcie manifestują bunt. I wychodzi ten żal z nas w różnych sytuacjach i przemienia się w agresję, w pretensje do siebie nawzajem, do sąsiadów, do świata, do historii, która zmiata z powierzchni ziemi to, co dla nas drogie. Myślę, że jeśli nasza tożsamość, nasz język byłyby należycie zabezpieczone, te żale i pretensje uległyby wyciszeniu.

I właśnie ta nasza tęsknota za byciem sobą, nasze dążenie do tego, żeby trwać, jest wystarczającą motywacją, żeby się tego zadania podjąć. Nie potrzebujemy uzasadnienia ekonomicznego, historycznego, nie musimy mówić o narodzie ani o niepodległości, nie ma w tym żadnej polityki. Wystarczy, że tego mocno chcemy i że nie ma w tym nic złego. No bo cóż może być złego w tym, że chcemy mówić i pisać pięknie po naszymu. Czy to może szkodzić Rzeczypospolitej, czy to może zagrażać Polakom, Europie, światu? Komuż prócz samego diabła może szkodzić dążenie do piękna, porządku i harmonii?

Istnienie pośród ogółu społeczności o własnej, różnej od przyjętej przez większość tradycji, kulturze, o innym języku jest jakby oglądaniem świata z innego punktu widzenia. Dopiero jako społeczność wieloetniczna możemy postrzegać rzeczywistość w całym jej bogactwie i we wszystkich wymiarach. Prawdziwym niebezpieczeństwem dla Polski jest płytka mono-kultura, która, jak pokazuje doświadczenie, w krótkim czasie prowadzi do pustyni. Naszej zakorzenionej w tej ziemi od półtorej tysiąclecia etniczności nie zastąpi importowanie z Afryki kilku Murzynów, nawet jeśli ci Murzyni strzelają gole w każdym meczu.

dr Józef Kulisz, Gliwice, r. 2000

Zaszufladkowano do kategorii Non classé | Dodaj komentarz

Dobry Pōn Bōg dŏł nōm mŏwã ślōnskõ

List przeczytany na mszy 22.10.2010 r. w Kościele Mysłowicach

SZCZYŃŚĆ WŌM BOŻE,

Tak jak jakiś czas tymu, tak i dzisioj trefiła mi sie sposobność, coby przeczytać wōm list „Tôwarzistwa Piastowaniô Ślónskij Môwy DANGA” nakerowany do wszyskich wiernych, kerzi żyjōm na Ślōnsku i mu dobrze życzōm, a nojbardzi do tych, co chcōm uchować naszã ślōnskõ mŏwã.

Ôd jakigoś czasu doś wiela słyszy sie ô budowaniu mostōw. Mostōw niy ynoś ze zielaza i betōnu, ale takich pobudowanych słowym. Mosty pobudowane słowym, w tym i słowym ślōnskim sōm nojpiykniyjsze. Poradzōm nojdużyj przetwać. Ze spōminaniŏ starych ludzi i z badań uczōnych wiymy, że dŏwnij ludzie gŏdali po ślōnsku wszyndzie: niy ynoś w dōma, ale na drōdze, na placu, we sklepie i robocie. Nawet w urzyndzie i kościele. Kościōł w zgodzie z tym, co pedziŏł sōm Pōn Jezus do apostołōw, – „Idźcie i uauczejcie Wszyski Nŏrody tego świata”, był piyrszy, kery zaczōn sie starać ô ôbchowani naszyj mŏwy.

Już na poczōntku XV wieku w klŏsztornyj krōnice Augustianōw w Żaganiu, poradzymy znojść zŏpisek, we kerym zakōnniki namōwiajōm wszyskich, kerzi głoszōm Słowo Boże i Ewangelijõ na ślōnsku, coby głosili jy w „lingua Slesiana” co na dzisiyjsze znaczy „w jynzyku ślōnskim”, a nojlepi je, jak Słowo Boże głosi sie we „ydeoma Saganense” co dzisioj trzeja by pedzieć „w miejscowym dialekcie żagańskim”. Sōm to nojstarsze zŏpiski ô mŏwie ślōnskij jaki sie uchowały do dzisiyjszych czasōw.

(…)

Wszyskiy uczydła, tôwarzistwa i kōmisyje kodyfikacyjne, na nic sie niy zdajōm, jak ludzie sami niy bydōm chcieli po ślōnsku rzōndzić. Tōż niy mogiymy sie lynkać i zawiyrać naszã môwã za dźwiyrzami pōmiyszkaniŏ. Niy mogymy sie skirz nij gańbić! Nojważniejszy przikłŏd pokŏzŏł nōm sōm Pōn Jezus. W nojciynżyjszych godzinach swojygo ziymskigo życiŏ, tam we ôliwnyj zŏgrōdce, Pōn Jezus niy rzykŏł, ani w mŏwie hebrajskij, co to je mŏwōm świyntych ksiyngōw żydowskich, ani w mŏwie greckij, kerŏ była mŏwōm wielkij literatury i kulturalnych elitōw, niy rzykŏł tyż w mŏwie łacińskij, co była mŏwōm politycznych rzōndzicieli. Nasz Pōn Jezus wołŏł do swojygo Ôjca w niebie „Abba!” – Abba w mŏwie aramejskij, tak jak sie nauczył w dōma ôd Maryje i Józefa (Mk 14, 36)

Jak przestanymy sie gańbić skirz byciŏ Ślōnzŏkami, to i lżyj nōm bydzie ôpowŏżyć sie, coby po ślōnsku gŏdać w jawności miyndzy ludziami. Jak nasza mŏwa bydzie ôkludnŏ i piyknŏ, to i inksi zacznōm nŏs i naszã mowã szanować. Tego nōm żŏdyn zakŏzać niy może! A jak fto, chocia poradzi, a niy gŏdŏ po ślōnsku i niy uczy swoich dzieci, to kładzie naszã mŏwã do truły! Zdrzōdłym prawyj ślōnszczyzny, powinna być dlŏ nŏs mŏwa naszych starzikōw bo pamiyntajōm ślōnszczyznã z czasōw, jak jeszcze ludzie niy znali telewizyje i inkszych mediōw. Nowŏ technika dŏwo nōm do rynki nŏczyniy, kerym łacno poradzymy gŏdkã i ynksze dźwiynki registrować. Tōż nagrŏwejmy gŏdkã naszych starzikōw! Mogymy ku tymu przidać pŏrã fotografijek i tak bydymy mieli po naszych starzikach pamiōntkã, a ś niōm ôbchowiymy kōnsek prawyj staryj ślōnszczyzny, nawet jak już ôni zymrzōm.

Nōm Ślōnzŏkōm, dŏł dobry Pōn Bōg mŏwã ślōnskõ. Czy mogymy w tyj mŏwie przemōwiać do Pana Boga? – Powiym, nō toć! Tak jak gŏdōmy we swoij dōmowyj mŏwie do ôjca i matki, tak tyż mogymy, a nawet powinni my gŏdać po ślōnsku do naszego Ôjca w niebie. Bo ynoś we swoij mŏwie serca poradzymy być przed Bogym do kōnca szczyrzi i prawdziwi!

Ôjcowŏ mŏwa, tak jak biblijne talynty, je nōm ôd Boga niy ynoś danŏ, ale tyż i zadanŏ. Trzeja nōm sie starać, coby nasza mŏwa wyrŏbiała sie ku lepszymu, coby była corŏz to piykniyjszŏ i sami muszymy sie porzōnd ji uczyć. Na te prŏcne dzieło niych nōm wszyskim dobry Pōn Bōg błogosławi.

A Wōm, Bōg zapłać za pozorne wysłuchani.

Leōn Sładek, wiceprezes Dangi

Zaszufladkowano do kategorii Non classé | Dodaj komentarz

„Potrzebne jest myślenie syntetyczne”

Rozmowa o Gōrnoślōnskim Ślabikŏrzu i o języku śląskim z prezesem Tôwarzistwa Piastowaniô Ślónskij Môwy DANGA p. Józefem Kuliszem. Rozmawiał Grzegorz Wieczorek

17 listopada 2010 r. na zaproszenie Domu Kultury w Koszęcinie, w ramach Uniwersytetu Trzeciego Wieku, prezes Tôwarzistwa Piastowaniô Ślónskij Môwy „Danga” p. Józef Kulisz wygłosił prelekcję na temat „Czamu nōm tak ciynżko rzōndzić i pisać piyknie po ślōnsku? Pŏrã słōw ô tym, jak sie traci mŏwa naszych starzikōw. Podczas prelekcji m. in. prezentowany był Gōrnoślōnski ślabikŏrz, czyli pierwszy elementarz do nauki mowy śląskiej dla dzieci. W przygotowaniu podręcznika aktywny udział brali członkowie „Dangi”.
Gōrnoślōnski Ślabikŏrz


G. W.: Na rynku wydawniczym nie brakuje pozycji o Śląsku i po śląsku. Czym się wyróżnia Gōrnoślōnski Ślabikŏrz?

Józef Kulisz: Gōrnoślōnski Ślabikŏrz to dzieło wyjątkowe. To pierwsza śląska czytanka dla dzieci, przeznaczona przede wszystkim do szkół. Wyróżnia ją też to, że od samego początku – z założenia – została napisana w ortografii „ogólnośląskiej” – na tyle, na ile to było możliwe. Elementarz ten może więc służyć jako podręcznik do nauki czytania i pisania w różnych częściach Górnego Śląska. Zainteresowanie, jakie wzbudził, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Wszystkie egzemplarze pierwszego, sponsorowanego wydania, są już wyprzedane.

Z czyjej inicjatywy powstał Ślabikŏrz?

Inicjatorem i koordynatorem przedsięwzięcia jest towarzystwo Pro Loquela Silesiana z siedzibą w Chorzowie. To ono wystąpiło do Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej z wnioskiem o przyznanie dotacji na ten cel. Pozyskanie środków w wysokości 40.000 złotych w ramach Programu Operacyjnego „Fundusz Inicjatyw Obywatelskich” umożliwiło realizację projektu, jednak najwięcej wysiłku pochłonęło jego wykonanie, czyli zgromadzenie tekstów i ułożenie 46 lekcji. I tu również PLS stanął na wysokości zadania. Największą zasługę dla przygotowania elementarza ma sekretarz towarzystwa p. Mirosław Syniawa z Chorzowa – redaktor Ślabikŏrza oraz autor większości tekstów. Gdyby nie on, to Ślabikŏrza prawdopodobnie by nie było. Projekt należało wykonać w określonym, krótkim czasie. Okazało się, że znalezienie autorów, którzy dobrze władają śląszczyzną, a przy tym potrafią pisać dla dzieci, nie jest wcale takie proste. Groziło nam niebezpieczeństwo, że nie zdążymy zebrać wystarczającej liczby tekstów. Lukę tę wypełnił Mirek – bez wątpienia spisał się na medal.

Jaki wkład miała Danga?

Nasz wkład jest mniej spektakularny i trudniej przeliczalny na teksty i lekcje. Nasi członkowie napisali teksty do siedmiu lekcji. Pośredniczyliśmy też w nawiązaniu kontaktu z niektórymi autorami, którzy dobrze piszą po śląsku. Ważny wkład wniosła nasza członkini p. Danuta Pacan, nauczycielka, która weryfikowała lekcje pod względem pedagogicznym, czasami nawet proponując ich tematykę i zawartość, a także udzielała autorom wielu cennych rad. Nike Air Max Thea Heren

W końcu uczestniczyliśmy w konsultacjach językowych oraz w procesie korekty.

Chciałbym tu zaznaczyć, że wypowiadając te słowa nie chcę sugerować, że Ślabikŏrz to dzieło „Dangi”, ani przywłaszczać sobie zasług naszych kolegów PLS. Po prostu identyfikujemy się całkowicie z tą inicjatywą i chcemy wykorzystać nasze kanały informacyjne, żeby pomóc promować tę publikację – a przy okazji powiedzieć kilka rzeczy z naszego punktu widzenia ważnych.

Co można powiedzieć o stronie językowej Ślabikŏrza?

Na początku wypada podkreślić, że jest to praca zbiorowa, wykonana przez społeczników. Pomimo to pod względem językowym wyróżnia się w naszej ocenie bardzo pozytywnie na tle publikacji czysto amatorskich. Autorzy zadali sobie trud zapoznania się z literaturą dialektologiczną. Dzięki temu w Ślabikŏrzu dominuje śląszczyzna tradycyjna, charakterystyczna dla pokoleń, które wychowały się w środowisku jednojęzycznym – śląskim. Śląskie cechy językowe są używane świadomie i konsekwentnie. Mieszanie tradycyjnego śląskiego dialektu z polskim językiem standardowym – tak typowe dla młodego pokolenia – zostało w dużym stopniu wyeliminowane. Również teksty, które cechowała nieadekwatność stylistyczna czy wręcz indywidualna nowomowa autorów, zostały odrzucone lub oddane do poprawki. Błędy ortograficzne, gramatyczne oraz stylistyczne zostały ograniczone do minimum. Nie znaczy to, że wszystkie teksty są doskonałe, jednak wynik jest moim zdaniem dobry.

Tylko dobry?

Ocena „dobry” dla dzieła społeczników to wynik, którego nikt nie musi się wstydzić. To, że w takim dziele zespołowym znajdzie się tu i ówdzie jakiś brak, nie powinno dziwić. Czasami stylistyka jest dyskusyjna, gdyż zbytnio wzoruje się na języku ogólnopolskim – tak jak na przykład w słowie wstępnym. W tekście Jake te Ślōnzŏki sōm? jest mowa o śląskich cechach charakteru. EQUIPMENT 10 M

Wydaje się tutaj ujawniać jakiś kompleks niższości, który autorzy kompensują przypisując Ślązakom jedynie na wskroś pozytywne cechy…

Nie zawsze udało się autorom wyeliminować zjawisko, które my określamy mianem egzotyzmu, polegające na tym, że wybierane są słowa lub formy gramatyczne, które nie są reprezentatywne dla całości Śląska (tzn. mają bardzo ograniczony zasięg), ale sprawiają, że „śląski język” bardziej się różni w odczuciu czytającego od języka polskiego. Opis takich cech o małym zasięgu powinien raczej znaleźć się w objaśnieniach do elementarza.

Można by wymienić jeszcze kilka słabości, ale zaznaczam: jest ich niewiele i nie są one w stanie poważnie obniżyć wartości Ślabikŏrza.

Czy nie powinniśmy się obawiać, że Ślabikŏrz promuje kulturowy skansen?

Kto myśli, że Ślabikŏrz powiela językowo-kulturowy skansen, powinien książkę przeczytać. W Ślabikŏrzu udało się powiązać wierność tradycji językowej z nowoczesnością tematów. Czytelnik nie znajdzie tu klasycznych berów i bŏjków, wiców i rozprŏwków o starych czasach. Adidas buty sklep online Zamiast tego są teksty o dinozaurach, astronomii czy o geografii Śląska. Wiele tekstów dotyczy naszego codziennego życia, świata dzisiejszych młodych pokoleń. Również tutaj przywracamy śląszczyźnie jej pierwotną funkcjonalność z czasów, kiedy była ona językiem prymarnym większości Górnoślązaków.

Warto to podkreślić dziś, kiedy śląszczyzna została już prawie wyparta z wielu domen życia społecznego przez polski język standardowy. W obecnych czasach śląska kompetencja językowa i komunikacyjna kolejnych pokoleń zanika. Młodzi ludzie mają kłopoty z mówieniem i pisaniem po śląsku w sposób wzniosły, czy choćby stylistycznie neutralny. A nasi dziadkowie dobrze wiedzieli lub wiedzą jeszcze, co to jest mŏwa paradnŏ, potrafili po śląsku mówić pięknie, wyrażać siebie i opisywać świat. I to bez korzystania ze wzorca polskiego języka literackiego, który był dawniej – co tu ukrywać – poniekąd językiem obcym, rozumianym biernie – językiem, którego trzeba się było dopiero nauczyć lub douczyć (choć oczywiście nieporównywalnie bliższym niż język niemiecki lub czeski). Wielu starych Górnoślązaków opowiada o tym, lecz ich doświadczenia i odczucia znajdują się poza głównym nurtem promowanej w życiu publicznym ideologii państwowej.

Myślę, że w Ślabikŏrzu udało się to wyczucie językowe w znacznej mierze przywrócić. To odejście od konwencji kabaretowo-wicowej, od skrzywionej masztalszczyzny a powrót do korzeni.

W Ślabikŏrzu pojawiają się nowe literki, dla większości raczej egzotyczne. Czy przeciętny czytelnik będzie wiedział, co one oznaczają. Czy jest wyjaśnione, jak korzystać ze Ślabikŏrza?

Faktycznie, nie obeznanemu w materii dialektologicznej czytelnikowi Ślabikŏrza może nie być łatwo odgadnąć, jak ma rozumieć literki nie znane mu z języka polskiego, na jakich zasadach opiera się ortografia. Ślabikŏrz powinien zostać uzupełniony o obszerne wyjaśnienia i wskazówki dla czytelnika i nauczyciela. Bez nich korzystanie z podręcznika oraz uczenie się ortografii jest utrudnione.

Zdawaliśmy sobie sprawę z tego problemu od samego początku, ale wąskie ramy czasowe projektu nie pozwoliły nam naszego pomysłu zrealizować. Jesteśmy z kolegami z PLS całkowicie zgodni, że taki dodatek musi jeszcze powstać. I to się z pewnością stanie. Postaramy się wykonać to dzieło w ciągu roku. Zależy nam na tym, bo dopiero Ślabikŏrz uzupełniony o część wyjaśniającą będzie mógł być w pełni użyteczny.

Co powinien wiedzieć nauczyciel korzystający na lekcjach ze Ślabikŏrza?

Uważamy, że nauczyciel powinien przede wszystkim dobrze się orientować, jak się mówi po śląsku w okolicy, z której pochodzą dzieci. Nie powinien on uczyć dzieci mowy innej niż ta, która jest charakterystyczna dla danej miejscowości. Znając podstawowe cechy systemowe miejscowej gwary nauczyciel powinien wskazać w Ślabikŏrzu miejsca, w których występują odchylenia od zwyczajowej normy panującej na danym obszarze.

Takie różnice są prawie zawsze bardzo łatwe do zidentyfikowania i do nauczenia, ponieważ dotyczą one powtarzających się typów morfologicznych. nike air max 2017 nero donna Przykładem może być końcówka pierwszej osoby liczby pojedynczej czasowników w czasie teraźniejszym. W Ślabikorzu zapisuje się ją jako (jo idã, jo robiã itd.) Tymczasem w południowej części naszego regionu pojawia się w tym miejscu końcówka -e a jeszcze dalej na południe (Cieszyńskie), -ym (jo ide/idym, jo robie/robiym). Jest to cecha systemowa i łatwa do wychwycenia. asics gel nimbus 17 hombre Nauczyciel powinien to wiedzieć i w czynnych wypowiedziach uczniów wymagać, żeby używali oni form typowych dla ich gwary. Innym przykładem może być mazurzenie, które w Ślabikŏrzu nie jest oznaczone.

W dodatku objaśniającym postaramy się wszystkie takie cechy systemowe szczegółowo opisać i uczulić nauczycieli, na co mają zwracać uwagę. Jeżeli nauczyciel nie ma dokładnej orientacji, jak się mówi w danym regionie, to może on na początku roku szkolnego zacząć lekcje od tego, żeby – z pomocą miejscowych uczniów – wychwycić i ustalić miejscowe formy („Jak sie u nŏs gŏdŏ/rzōndzi?”) Nauczyciel mógłby zadać uczniom zadanie domowe i poprosić, żeby wspólnie ze starszym członkiem rodziny lub sąsiadem „poprawili” tekst czytanki tak, aby była ona całkiem „po naszymu”.

Podobne rozwiązania przyjęły się na Kaszubach, gdzie różnice gwarowe między północą a południem są większe niż na Śląsku. Również tam zaleca się, żeby lekcje kaszubskiego prowadził nauczyciel znający gwarę danego miejsca.

Czy takie podejście nie jest zaprzeczeniem standaryzacji? Niektórzy oczekują, że „standard” oznacza jednowariantowość i że będzie jeden „śląski język literacki”, a warianty śląskiego języka, które odróżniają się od niego, nabędą co najwyżej status „dialektów”. Przeciwnicy kodyfikacji podnoszą zaś zarzut, że nie wolno sztucznie standaryzować „kilkunastu zespołów gwarowych”, bo oznacza to zniszczenie naturalnego bogactwa.

Standaryzacja nie musi oznaczać jednego wariantu. Trzeba to ciągle powtarzać, ponieważ ci, którzy podnoszą takie zastrzeżenia, z reguły opierają swój sąd na doświadczeniach, jakie mają z językiem polskim – jedynym znanym im z autopsji wzorem.

Języki urzędowe wielkich i starych państwowości – jak polski, niemiecki czy francuski – wykształciły po wielu wiekach funkcjonowania swój ścisły standard, którego określenie nie sprawia użytkownikom kłopotu, gdyż z reguły „czuje się”, co do standardu należy a co już nie. Nawiasem mówiąc dziwi mnie brak logiki w rozumowaniu przeciwników kodyfikacji śląszczyzny: Tym, którzy obawiają się zubożenia różnorodności gwarowej przez hipotetyczny śląski język standardowy, nie przeszkadza fakt, że w obecnych czasach to właśnie język ogólnopolski zubaża językową różnorodność Śląska!

Natomiast języki mniejszościowe, funkcjonujące bardzo długo jedynie w formie mówionej, bez statusu języka urzędowego, zazwyczaj nie mają jednego silnego standardu, albo też standard taki ma problemy z akceptacją społeczności językowej. Dlatego też dyskutując na temat języka śląskiego należy raczej szukać odniesień w innych małych językach mniejszościowych takich jak język dolnoniemiecki, ladyński czy kaszubski. W dolnoniemieckim, którym posługują się ciągle jeszcze miliony ludzi w północnych Niemczech, standardu praktycznie w ogóle nie ma. Pomimo to język ten jest pod ochroną (tj. ma status języka regionalnego), a w ośrodkach uniwersyteckich można się go uczyć oraz poznawać jego historię. Maglia Damian Lillard Istnieje też bogata literatura, jest prasa oraz audycje radiowe i telewizyjne w języku dolnoniemieckim.

Pouczający jest przykład języka ladyńskiego (blisko spokrewnionego z włoskim), którym posługuje się rdzenna ludność w niektórych dolinach południowotyrolskich Dolomitów. W każdej z tych dolin w użyciu jest trochę inny dialekt. Ladyński tygodnik „La Usc di Ladini” (=Głos Ladyńczyków) jest podzielony na części regionalne. W zależności od tego, skąd pochodzi dany artykuł, takim subwariantem jest on napisany. Wypośrodkowany standard, pomimo że istnieje, nie cieszy się zbytnią popularnością. Nie mniej jednak taka sytuacja nie jest przeszkodą w skutecznym organizowaniu życia społecznego po ladyńsku.

Wydaje nam się, że jest to najbardziej pasujący do śląskich realiów model. Standard, który obejmuje i umożliwia naukę trzech głównych poddialektów: „katowickiego”, cieszyńskiego oraz opolskiego. Nam nie chodzi o to, żeby arbitralnie narzucać jednym Ślązakom cechy językowe innych części Śląska, lecz o to, żeby wszystkim zainteresowanym ów standard pomógł w nauce ich własnego dialektu oraz w uświadomieniu sobie różnic w stosunku do polszczyzny ogólnej. Największym bowiem problemem językowym Śląska etnicznego jest obecnie powolne rozpływanie się rdzennej, tradycyjnej śląszczyzny w morzu polszczyzny ogólnej, mieszanie ze sobą obu bliskich sobie systemów na każdej płaszczyźnie językowej. Prawie zawsze jest już tak, że cecha opisywana w dawnej literaturze jako śląska i w oryginalnych tekstach gwarowych występująca konsekwentnie, w języku młodego pokolenia występuje niekonsekwentnie lub coraz rzadziej i tylko na przemian z wariantem ogólnopolskim.

Ci, którzy tak mocno podkreślają, jak bardzo regionalne warianty śląszczyzny się między sobą różnią, zapominają, że pomimo tych różnic ogromna część systemu językowego jest wspólna, a dystans językowy pomiędzy tradycyjnymi gwarami opolskimi a gwarami południowo-cieszyńskimi jest o wiele mniejszy, niż dystans pomiędzy jakąkolwiek gwarą śląską a językiem ogólnopolskim.

Przy rozpatrywaniu różnic pomiędzy poszczególnymi gwarami górnośląskimi potrzebne jest pewne myślenie syntetyczne. Nike Air Max 2017 Dames Przykład z mojej praktyki zawodowej nauczyciela akademickiego na Politechnice Śląskiej: Jak uczyć mikroprocesorów, jeśli na rynku dostępnych jest kilkadziesiąt rodzin tych układów i kilkaset, jeśli nie więcej, typów? Można podejść do problemu syntetycznie: zamiast omawiać oddzielnie poszczególne konstrukcje, lepiej wymyślić na potrzeby wykładu modelowy mikroprocesor, który jest połączeniem najbardziej typowych cech tych urządzeń. Z pomocą takiego modelu mogę poprowadzić wykład w taki sposób, że studenci najpierw poznają mikroprocesor modelowy, a potem, na tym tle, pokazane im zostaną odstępstwa od modelu występujące w poszczególnych rozwiązaniach praktycznych. Taki modelowy, abstrakcyjny konstrukt intelektualny ma więc sens, nawet jeśli nikt go nie produkuje, ponieważ pomaga nam znaleźć porządek w masie szczegółów i lepiej zrozumieć istotę rzeczy.

Czy ortografia zastosowana w Ślabikŏrzu, to już ów śląski język? Czy teraz każdy musi tak pisać?

Jeszcze nie. Ortografia Ślabikŏrza – z małymi wyjątkami – to wynik porozumienia, które zawarliśmy w 2009 roku w Cieszynie w zespole pracującym pod kierownictwem prof. Jolanty Tambor. To porozumienie opierało się na dobrej woli stron uczestniczących w pracach i autorytecie p. profesor. Zespół ten, w skład którego wchodzili społecznicy zainteresowani tematem oraz w którego pracach również my uczestniczyliśmy, nie jest w stanie zastąpić Komisji Kodyfikacyjnej z prawdziwego zdarzenia, która ma umocowanie prawne, dające jej mandat do podejmowania decyzji, i która systematycznie pracuje. Dopiero jeśli taka komisja powstanie, a następnie pisownię zatwierdzi, będzie można mówić o obowiązującej ortografii języka śląskiego. Są oczywiście duże szanse, że większość ustaleń naszego zespołu uzna również postulowana komisja. Dodajmy: Komisja złożona z naukowców i znawców tematu; społecznicy powinni mieć jedynie głos doradczy.

Na razie są to jednak tylko nadzieje na przyszłość. Problemem jest brak specjalistów, a bez autorytetu naukowego trudno będzie naszym stowarzyszeniom taką komisję stworzyć na własną rękę. Dialektologów specjalizujących się w śląskiej dialektologii jest niewielu, a specjalistów gotowych pracować w takiej komisji – póki co społecznie, mających na to czas i siły – jeszcze mniej. To jest dzieło, któremu trzeba się poświęcić. A każdy z nas ma swoją pracę, rodzinę i obowiązki. Niestety tracimy tutaj cenny czas.

Ortografia Ślabikŏrza uwzględnia większość postulatów naszego towarzystwa. Jako człowieka mającego pewne pojęcie o komputerach trochę mnie natomiast martwi egzotyczność niektórych znaków. Mniejsza o to, gdy chodzi jedynie o zastrzeżenia natury mentalnej lub estetycznej. Gorzej, gdy wprowadzamy literki prawie w żadnym innym języku nie używane. Mam tu na myśli znaki ŏ oraz ō, które w epoce internetu i informatyki niepotrzebnie naszą ortografię nieco upośledzają. Problem polega na tym, że znaki te są zdefiniowane jedynie dla podstawowych krojów czcionek, a tych jest niewiele. W większości z tysięcy czcionek, które ma do dyspozycji grafik przygotowujący np. borsello adidas uomo prezzo ozdobne wydawnictwo, te znaki nie są uwzględnione. I, jak się obawiam, stan ten może się nie zmienić nigdy, ponieważ firmy tworzące nowe oprogramowanie i nowe czcionki nie będą tracić czasu i środków na opracowywanie znaków, które prawie nikomu nie są potrzebne. Ogranicza to poważnie wybór czcionek, które są z proponowaną ortografią kompatybilne. Uważam więc, że należałoby tę kwestię poważnie rozważyć jeszcze raz. Powtarzam jednak: dla „Dangi” ważniejszy od literek jest wybór zjawisk, które należy w przyszłych słownikach i podręcznikach do języka śląskiego oznaczyć.

Jakie nadzieje wiąże Danga ze Ślabikŏrzem?

Mamy nadzieję, że Ślabikŏrz pomoże Ślązakom kształcić się i świadomie pielęgnować swój język etniczny. Jednym z naszych najważniejszych postulatów jest edukacja. Wierzymy, że śląski elementarz będzie zalążkiem edukacji śląskojęzycznej z prawdziwego zdarzenia w szkołach.

Jednocześnie zdajemy sobie doskonale sprawę z tego, że szkoła nie jest w stanie całkowicie zastąpić śląskojęzycznego wychowania w rodzinie – szkoła może je jedynie wspomagać. Jeżeli młodzi Ślązacy zakładający rodziny nie będą ze swoimi dziećmi świadomie, starannie i konsekwentnie mówić po śląsku, to wtedy śląski język w szkole i w przestrzeni publicznej będzie spełniał rolę jedynie symboliczną, będzie emblematem, bladym wspomnieniem utraconej etniczności. Śląski elementarz jest więc adresowany także do osób prywatnych, a szczególnie do młodych rodziców. Wierzymy, że wzmocni on naszą świadomość językową i etniczną i pomoże zatrzymać proces asymilacji językowej.

Co teraz? Jakie zadania stoją przed tymi, którzy pragną trwania naszego języka?

Jeśli naprawdę myślimy o śląszczyźnie poważnie – jako o języku służącym do komunikowania się w życiu codziennym i nie chcemy się pogodzić z jej zanikiem, to musimy umożliwić jego naukę. Użytkownicy śląszczyzny, jeśli borykają się z niepewnościami językowymi, powinni mieć dostęp do podręczników do gramatyki i ortografii oraz do słowników – nie dyferencyjnych lecz pełnych, takich z prawdziwego zdarzenia. Żeby tego dokonać, trzeba zbudować struktury edukacyjne. Powinna być możliwość studiowania języka śląskiego, a celem studiów powinna być czynna znajomość śląszczyzny w mowie i piśmie, znajomość jej historii i literatury! Potrzebna jest certyfikacja uprawnień do nauki śląskiego języka w szkołach. Język śląski na maturze? – dlaczego nie!

Co do tego, że takie działania są konieczne, nie mamy żadnych wątpliwości. Z naszych codziennych doświadczeń i obserwacji wynika, że ludzi, którzy chcą się po śląsku uczyć, jest dużo. Natomiast tych, którzy potrafiliby w śląszczyźnie kształcić innych, można policzyć na palcach jednej ręki!

Ochrona małego języka to praca na cały etat i na całe życie. Nie da się tego robić jedynie siłami społeczników. Jeśli sprawę śląskiego języka chcemy pchnąć na nowe tory, musimy stworzyć sytuację, w której ludzie wybierając studia po maturze będą wiedzieć, że z pracą na rzecz śląszczyzny będą mogli związać swoje kariery życiowe i z tej pracy utrzymać siebie i swoje rodziny.

Bardzo ważne jest utworzenie Komisji Kodyfikacyjnej jako gremium, w którym można by było dyskutować i rozważać wszystkie za i przeciw; gdzie znawcy dialektu śląskiego, naukowcy-dialektolodzy mogliby wymieniać argumenty i wybierać rozwiązania najlepsze.

Uważamy, że również regionalna prasa powinna się otworzyć na poważną publicystykę po śląsku. Taką publicystykę można tworzyć już teraz – o co apelował znany literat Alojzy Lysko z Bojszów. Na razie musimy pokonać ciągle funkcjonujące bariery mentalne. Na początku mamy zamiar w okresie poprzedzającym Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego (21 lutego) zwracać się do gazet i proponować im współpracę. Święto to, które zostało ustanowione, aby zwrócić uwagę na problem zagrożenia językowego dziedzictwa ludzkości, jest doskonałą okazją, aby na przykład jedną stronę wydania gazety napisać po śląsku.

W tych wszystkich działaniach bardzo pomocne byłoby wsparcie ze strony państwa, a przede wszystkim uznanie mowy śląskiej za język regionalny. Uważamy jednak, a dowodem na to jest właśnie Ślabikŏrz, że wiele rzeczy można zrobić już teraz, nie czekając na zmianę ustawy, a aktywnie działając w takich okolicznościach, jakie mamy. Kodyfikacja i organizacja edukacji śląskojęzycznej będzie sprawdzianem, na ile nasza śląska społeczność jest aktywna, pracowita, zintegrowana, sprawna intelektualnie i organizacyjnie.

Jak więc widać, jest jeszcze bardzo wiele do zrobienia, Ślabikŏrz to dopiero pierwszy krok, choć konieczny.

To brzmi, jakby sprawa nie była wcale przesądzona. Czy istnieje obawa, że nasze dążenia nie odniosą sukcesu? Być może jako grupa etniczna naprawdę jesteśmy „dupowaci”, jak się to czasami powtarza?

Ślązacy sami w sobie nie są mniej inteligentni niż inni ludzie, ale w naszej społeczności działała i ciągle działa selekcja negatywna. Kto się wybił, zdobył wykształcenie, ten porzucał śląski język dzieciństwa, język swoich przodków – przestawał być „językowym Ślązakiem” (co oczywiście nie znaczy, że przestał być Ślązakiem w ogóle). Dlatego mamy dziś tak niewielu śląskich intelektualistów, którzy przekazują swój język następnym pokoleniom i tworzą poważną literaturę po śląsku. Jest to zresztą zjawisko charakterystyczne dla całej Polski: Awans społeczny jest prawie zawsze związany z wyzbyciem się języka, który jest inny niż norma. Co gorsza – z przejęciem języka większości związana jest często zmiana mentalnościowa: sami zaczynamy postrzegać nasz mniejszościowy język tak, jak czyni to większość.

Poglądy lub nawet bardzo głęboka wiedza o „gwarze śląskiej” nie zastąpią żywego języka – narzędzia komunikacji. Dyskusje i pogadanki o śląszczyźnie są wysoce niewystarczającym sposobem na jej ochronę. Tu tkwi źródło słabości i ślimaczego tempa działań na rzecz języka śląskiego – nie mamy elit śląskojęzycznych, które byłyby gotowe poświęcić się temu fundamentalnemu zadaniu. W hierarchii wartości śląszczyzna, nawet wśród tych, którzy jej sprzyjają i życzą nam jak najlepiej, nie znajduje się na czołowym miejscu.

„Danga” wierzy jednak, że środowiska śląskie podołają wyzwaniu. air max 90 damskie pomara czowe Poparcie dla idei śląskiego języka regionalnego zadeklarowały wszystkie liczące się organizacje regionalne. Każdy nas dopinguje, każdy się interesuje – to budzi nadzieję. Z drugiej strony liczba tych, którzy potrafiliby się przyłączyć i nas wesprzeć, jest bardzo niewielka. To nie jest ruch masowy.

Ludzie zapoznając się z naszymi postulatami pytają często: śląski to gwara czy język?

Spór o to, czy śląszczyzna jest gwarą czy językiem, jest zazwyczaj bardzo jałowy. Toczą i nagłaśniają go publicznie często te środowiska, które sprzeciwiają się jakiejkolwiek emancypacji językowej Ślązaków. Zamknięcie naszej mowy w zaklętym kręgu rzekomej wiecznej „gwarowości” w pewnym sensie mocą samej definicji nie pozwala na podwyższenie statusu śląszczyzny i realizację tych wszystkich postulatów, o których mówiłem przed chwilą.

Nam się podoba wypowiedź prof. Bogusława Wyderki, autora „Słownika Gwar Śląskich”, która według nas bardzo trafnie obnaża jałowość sporu: „Pod względem lingwistycznym gwara to jest odrębny, pełnoprawny język”. Słowa te padły na spotkaniu poświęconym gwarom w okolicy Olesna w Liceum Ogólnokształcącym w Oleśnie w zeszłym roku.

Warto przypomnieć, że Ślązacy po śląsku nigdy nie nazywali swojego języka gwarą, nie mieli też jakiegoś określenia, które by wyrażało jej rzekomy niższy status. W znakomitym słowniku Olescha znajdziemy słowo mŏwa (pojawiające się również w śląskiej nazwie naszego stowarzyszenia), którym określa się zarówno śląszczyznę (ślōnskŏ mŏwa) jak i wielkie języki narodowe (francuskŏ, polskŏ mŏwa), a nawet gwarę jednej wsi (świyntojańskŏ mŏwa). Dlaczego więc dziś – my Ślązacy – mamy w dyskursie publicznym przejmować bezkrytycznie terminologiczną – a co za tym idzie również mentalnościową – dyskryminację naszego dialektu? Dlaczego o języku kogoś, kto posługując się polszczyzną standardową przeklina lub wyraża się niechlujnie i niedbale, mówimy, że to język, natomiast język człowieka, który mówi pięknie i wzniośle po śląsku, nazywamy gwarą? Co chcemy takim zróżnicowaniem wyrazić? Czyż nie odchylenie od obowiązującej normy, podrzędność, czyli niepełnowartościowość i gorszość kultury? Nie wątpimy, że na gruncie ściśle naukowym, wolnym od uprzedzeń i subiektywnych wartościowań takie rozróżnienie jest uprawnione. Uważamy jednak, że nagminne nadużywanie pojęcia „gwary” w dyskursie politycznym i odmawianie śląszczyźnie statusu języka regionalnego blokuje nam dziś możliwości rozwoju i realizowania skutecznej polityki językowej, czyli cementuje dyskryminację.

Żeby uczyć „dialektu” lub „gwary”, trzeba używać tych samych metod jak przy nauce „języka”. W praktyce ochrona czy nauka jakiegokolwiek systemu językowego sprowadza się do tych samych działań. Więc również z pedagogicznego punktu widzenia gwara jest językiem.

My w „Dandze” wolimy mówić o śląskim języku, uważamy jednak, że ważniejsza od suchych definicji jest pewna mentalność, która pozwala traktować mowę śląską jako wartą pielęgnowania i zachowania na równi z innymi językami i zapewnić jej godne miejsce w życiu społecznym Górnego Śląska.

Gdzie można Ślabikŏrz kupić?

Najlepiej skontaktować się ze stowarzyszeniem Pro Loquela Silesiana (www.silesiana.org.pl). Zaznaczyć jednak trzeba, że egzemplarzy z pierwszego, dotowanego wydania po cenie 2,5 zł nie można już dostać. Można jednak nabyć elementarz po normalnej cenie dla klientów prywatnych, tj. ok. 38 zł za sztukę.

Zaszufladkowano do kategorii Non classé | Dodaj komentarz

Nie wystarczy edukować o śląskiej mowie – czas zacząć jej uczyć!

Komentarz „Dangi” do konferencji W kręgu śląskiej kultury, tradycji i dialektu, która odbyła się 19.10.2010 r. w Warszawie

19 października odbyła się w Senacie konferencja W kręgu śląskiej kultury, tradycji i dialektu zorganizowana z okazji dwudziestej edycji konkursu Po naszymu, czyli po śląsku. Uczestnikami spotkania byli prawie wyłącznie zwolennicy obowiązującego dotychczas pojmowania mowy śląskiej jako gwary, która powinna istnieć wyłącznie jako język mówiony, którą można i należy badać, ale której nie należy nauczać. Uczestnicy spotkania zgodnie opowiedzieli się przeciwko kodyfikacji śląskiej mowy i przeciwko jej uznaniu za język regionalny. Tôwarzistwo Piastowaniô Ślónskij Môwy „Danga” uważa stare sposoby postrzegania śląszczyzny za nieprzystające do nowych czasów. Mowa śląska będzie miała szansę przetrwania, jeśli każdy zainteresowany będzie mógł sięgnąć po odpowiednie pomoce naukowe i uczyć się nie o śląskiej mowie, ale doskonalić czynną sprawność w posługiwaniu się nią.

Konferencję prowadziła p. senator Maria Pańczyk-Pozdziej, która jest pomysłodawczynią i główną animatorką konkursów. W pierwszej części spotkania miniwykłady wygłosili prof. Dorota Simonides, prof. Jan Miodek i prof. Helena Synowiec. Prof. Simonides krótko przypomniała zebranym podstawowe fakty z historii Śląska i historii badań etnograficznych. Prof. Miodek zachwycał się archaizmami, które przechowały się w śląskiej mowie. Stwierdził, że pogląd o jej wielkim zanieczyszczeniu germanizmami jest przesadzony. Komentując tę wypowiedź, p. senator Pańczyk-Pozdziej dodała, że we współczesnej śląszczyźnie germanizmów ubywa, a mowa ta coraz bardziej się polonizuje.

Prelekcje przeplatane były monologami laureatów konkursu. Wystąpili p. Krystian Czech z Brynicy koło Opola, p. Łucja Dusek z Jaworzynki oraz p. Betina Zimończyk z Rybnika. Taki dobór występujących miał pokazać różnorodność gwar śląskich i uzasadnić twierdzenie o niemożności ich kodyfikacji. Wszystkie monologi były wygłoszone w pięknej śląszczyźnie, a ich autorzy wystąpili w pięknych strojach ludowych.

Trzecią prelekcję wygłosiła prof. Helena Synowiec. Stwierdziła ona, że nie zawsze tak było, że nauczyciele poloniści zwalczali mówienie po śląsku. Zapewniała, że zawsze starała się uwrażliwiać studentów na specyfikę nauczania języka polskiego w środowisku gwarowym i uczyć szacunku do mowy ludu. Pani profesor podkreślała jednak, że gwara jest językiem mówionym i takim powinna pozostać. Apelowała wobec tego: „Mówić, ale nie pisać! Badać i uwrażliwiać, uczyć o gwarze, ale nie uczyć gwary!” To uwrażliwianie powinno się odbywać w ramach lekcji edukacji regionalnej.

Po wystąpieniach zaproszonych naukowców przewidziana była dyskusja. W dyskusji głos zabrali m. in. prof. Jadwiga Wronicz, p. Józef Musioł, prof. Iwona Nowakowska-Kempna, senator Antoni Piechniczek, prof. Dorota Simonides, ks. Paweł Buchta, kapelan Związku Górnośląskiego i poseł Jan Rzymełka.

W opinii zdecydowanej większości występujących kodyfikacja śląskiej mowy i przetworzenie jej w język regionalny jest niemożliwe, a nawet szkodliwe. Główną przeszkodę dyskutanci upatrują w zróżnicowaniu gwar śląskich, które postulowana kodyfikacja miałaby zniszczyć.

Z tych zgodnych głosów wyłamał się prezes Tôwarzistwa Piastowaniô Ślónskij Môwy „Danga”, p. Józef Kulisz. Niestety był on jedynym reprezentantem zwolenników idei śląskiego języka regionalnego. Inni, pomimo że – jak mówiła p. senator Pańczyk-Pozdziej – zostali zaproszeni, na spotkanie nie przybyli. W tej sytuacji trudno było o prawdziwą dyskusję.

Przy całym szacunku dla p. senator, państwa profesorów i innych osób zaangażowanych w organizację konkursów na Ślązaka Roku, ich szczerych intencji i dorobku, „Danga” uważa dotychczas proponowane sposoby kultywowania śląskiej mowy za niewystarczające. Nasze stowarzyszenie powstało jako wynik prostej obserwacji – mowa śląska wymiera. To spostrzeżenie nie zostało zakwestionowane przez żadnego z uczestników dyskusji.

Pani senator oraz kilku innych uczestników spotkania zauważyli, że w śląszczyźnie jest coraz mniej germanizmów. Jest to jednak tylko część prawdy. Przemiany we współczesnej śląszczyźnie polegają nie na zaniku germanizmów, ale na zaniku wszystkich tych cech języka, które brzmią egzotycznie dla człowieka przyzwyczajonego do standardowej polszczyzny. Razem z germanizmami z języka młodszych pokoleń znikają więc także staropolskie archaizmy, którymi tak zachwycał się p. prof. Miodek.

„Danga” uważa, że kluczem do przetrwania małego języka, takiego jak nasz, jest edukacja. Uważamy, że w dzisiejszych czasach nie wystarczy już tylko „uwrażliwiać na gwarę” i uczyć o gwarach. Takie podejście było słuszne kilkadziesiąt lat temu, kiedy śląszczyzna była wszechobecna, nie było masowych mediów, a tylko kilka procent społeczeństwa posługiwało się językiem standardowym. Podstawowym zadaniem szkoły było w takiej sytuacji nauczenie uczniów poprawnego posługiwania się językiem państwowym. W dzisiejszych czasach te proporcje zupełnie się odwróciły. To standardowa odmiana polszczyzny jest wszechobecna, a śląskojęzyczna społeczność żyje w coraz większym rozproszeniu. Należy się obawiać, że we współczesnym, mobilnym świecie ostatnie enklawy, w których w mowie codziennej jeszcze przeważa śląszczyzna, wkrótce znikną.

Mała społeczność, taka jak nasza, ma szansę przeciwstawić się uniformizującemu wpływowi współczesnego świata tylko przez aktywną edukację i samoedukację. Mowa śląska, niezależnie od tego, czy ją nazwiemy gwarą, dialektem czy językiem, będzie miała szansę przetrwania, jeśli każdy zainteresowany, jeśli tylko zechce, będzie mógł sięgnąć po odpowiednie pomoce naukowe i uczyć się nie o śląskiej mowie, ale doskonalić jej czynną znajomość, sprawność w posługiwaniu się nią.

P. Józef Kulisz porównał w swoim wystąpieniu konkursy na Ślązaka Roku ze słynnym Dyktandem, którego pomysłodawczynią i siłą napędową była ś.p. marszałek Krystyna Bochenek. Kluczowa różnica polega na tym, że do Dyktanda można się przygotować. Dla każdego, kto tylko tego chce, na wyciągnięcie ręki dostępne są dziesiątki słowników, podręczników i poradników. Udział w Dyktandzie stał się dla tysięcy ludzi motywacją do poprawienia swojej sprawności w posługiwaniu się poprawną polszczyzną.

Potencjał tkwiący w konkursach na Ślązaka Roku byłby w pełni wykorzystany, gdyby także do tego konkursu można było się przygotować. Do tego jednak potrzebne są powszechnie dostępne pomoce edukacyjne. Na podstawie każdego z monologów, które były wygłoszone podczas konferencji, powinno zostać ułożonych kilka lekcji poprawnej śląszczyzny. Czy zasad, na podstawie których jury konkursu ocenia, że jeden uczestnik mówi po śląsku lepiej, a drugi gorzej, nie dałoby się usystematyzować, opisać i udostępnić wszystkim zainteresowanym w formie podręcznika lub poradnika?

Nie można liczyć na to, że każdy Ślązak chcący zachować język przodków, będzie się kształcił sam, a swoje braki językowe nadrobi w domu, indywidualnie, jedynie przez osłuchanie się z mową starszego pokolenia. Ktoś, kto chciałby się dzisiaj nauczyć poprawnej śląszczyzny, musiałby właściwie zostać dialektologiem.

Samo „uwrażliwianie na piękno gwary”, jeśli nie idzie w parze z konkretną wiedzą, np. o strukturach gramatycznych, jest w obecnej sytuacji daleko niewystarczające. Młode pokolenie, mieszając gwarowy system językowy z systemem polszczyzny standardowej, w warunkach załamania się przekazu międzypokoleniowego i rozpadu zwartych środowisk śląskojęzycznych, nie ma najczęściej już możliwości rozstrzygania niepewności językowych, czyli odróżniania, co w naszym języku jest odziedziczone po starszym pokoleniu, a co już przejęte z języka standardowego. Tę lukę można i trzeba wypełnić, o czym się sami przekonujemy w naszym Towarzystwie. Jeżeli najstarsze pokolenie mówi po śląsku: do kuchnie, do wilije, do ciocie Cile, a młode niepostrzeżenie preferuje do kuchni, do wiliji, do cioci Cili, to jest to coś, czemu można przeciwdziałać poprzez edukację, ujmując zagadnienie za pomocą reguły gramatycznej i właśnie uwrażliwiając mówiących na dane zjawisko. Nie ma lepszego „uwrażliwienia” na gwarę jak traktowanie jej jako pełnoprawnego, naturalnego języka. Systemowe objaśnianie zjawisk językowych, tak jak się to robi np. na lekcjach języka polskiego, rozbudza też szacunek dla zagrożonego języka, ponieważ pokazuje, że nie jest on jakimś bełkotem, ale ma swój porządek i swoją wewnętrzną logikę.

Podstawowym zarzutem podnoszonym przez przeciwników kodyfikacji śląszczyzny jest to, że kodyfikacja ma jakoby zniszczyć gwarową różnorodność. „Danga” uważa, że jest to pogląd mylny, wynikający z nałożenia na postulowaną kodyfikację schematów myślowych przeniesionych z polszczyzny standardowej. Tymczasem w tych działaniach należy wzorować się nie na wielkich językach państwowych, takich jak polski, niemiecki czy francuski, ale na językach będących w podobnej do naszej sytuacji wspólnot mniejszościowych, których wiele zamieszkuje nasz kontynent. Największy język regionalny w Europie – język dolnoniemiecki, którym posługuje się około 2 mln ludzi, ze względu na zróżnicowanie dialektalne nie wykształcił do tej pory jednego standardu w piśmie. Mimo to język ten został uznany przez państwo i można go studiować na uniwersytecie. Język ladyński z pogranicza włosko-szwajcarskiego ma kilka dialektów, używanych w poszczególnych dolinach górskich. Gazeta wydawana w tym języku podzielona jest na części regionalne. W zależności od tego, skąd pochodzi autor artykułu, takim wariantem języka artykuł jest napisany. Podobnie wygląda sytuacja języka fryzyjskiego w północnych Niemczech.

Uważamy, że nie ma przeszkód, aby opisać normę języka śląskiego zawierającą wiele wariantów i odmian regionalnych. Jeśli nie znajdziemy innej możliwości, stwórzmy jedenaście podręczników, oddzielnie dla każdego z tradycyjnie wyróżnianych w śląskiej dialektologii obszarów gwarowych. Naszym zdaniem jednak praktyczniej byłoby przeprowadzić kodyfikację w taki sposób, że najpierw opisane zostałoby to, co jest dla całego Śląska wspólne, a na tym tle pokazane byłyby specyficzne właściwości poszczególnych subregionów. Pomimo znanych różnic, gwary śląskie mają przecież mnóstwo cech systemowych wspólnych. Dlaczego więc ich opisanie w przystępnej formie miałoby wykreować – jak to kilka razy określono – „byt sztuczny”?

Pamiętać należy, że nawet różnorodność gwarowa nie oznacza dowolności. Każda, najmniejsza nawet gwara ma swój system językowy, swoją normę, którą można opisać i udostępnić zainteresowanej społeczności. Dziwi nas, że przeciwnicy kodyfikacji śląszczyzny – której, jak twierdzą, jeszcze nie ma – już teraz tak głośno przed nią przestrzegają, nie widząc jednocześnie, jak szybko bogactwo gwarowe na naszych oczach eroduje pod naciskiem polszczyzny standardowej.

Właśnie w taki sposób w naszym Towarzystwie rozumiemy kodyfikację – jako usystematyzowanie i opisanie w uporządkowany sposób zasad rządzących językiem. Podstawowym celem tak rozumianej kodyfikacji nie mają być funkcje emblematyczne, tj. odróżnienie się od polszczyzny, ale edukacyjne, czyli umożliwienie każdemu nauki gwary charakterystycznej dla okolicy, w której on zamieszkuje.

Doceniamy wysiłki p. prof. Synowiec i wierzymy, że szczerze stara się ona uwrażliwiać swoich studentów na specyfikę pracy w środowisku gwarowym oraz zaszczepić im szacunek dla mowy ludu. Niestety nasza obserwacja jest taka, że wysiłki te nie przekładają się na działanie systemu edukacji jako całości. Od przeciętnego polonisty nigdy nie nauczymy się, czy po śląsku należy modlić się do „Pana Boga” czy do „Póna Boga”, albo czy jedzie się „do Zabrzo” czy „do Zobrzo” . Co więcej, nauczyciele poloniści w zdecydowanej większości uważają, że samo wykonywanie tego zawodu zobowiązuje ich do tego, żeby wszędzie mówić „poprawnie”, nawet bez cienia śląskiego akcentu. W programach nauczania polskiego wiele elementów zorientowanych jest na eliminację gwaryzmów z języka uczniów. W praktyce mowa śląska jest traktowana przez polski system edukacji jak język obcy! Trudno się wobec tego dziwić Ślązakom, którzy takiej sytuacji starają się nazwać rzecz po imieniu i usankcjonować prawnie status swojej mowy jako języka mniejszościowego.

Prof. Jadwiga Wronicz mówiła, że prawdziwym problemem w Polsce jest postszlachecka mentalność, która każe lekceważąco odnosić się do kultury ludowej, której jednym z elementów jest mówienie gwarą. P. profesor apelowała o pracę na rzecz zmiany tej mentalności. Tôwarzistwo Piastowaniô Ślónskij Môwy „Danga” uważa, że najlepszym sposobem na przełamywanie negatywnych stereotypów jest danie osobistego przykładu. Tego przykładu powinniśmy oczekiwać przede wszystkim od autorytetów zgromadzonych na sali. Zwracamy się więc z gorącą prośbą do organizatorów i sympatyków konkursów na Ślązaka Roku: Prosimy, abyście Państwo nie tylko przesłuchiwali i oceniali uczestników, ale sami odważyli się przemówić publicznie w pięknej i dostojnej śląszczyźnie, na której Ślązacy pragnący podnieść swoją kulturę słowa będą mogli się wzorować. Prawdziwym ciosem zadanym złym stereotypom byłoby pokazanie, że bycie profesorem czy senatorem, przynależność do elit nie są przeszkodą w mówieniu pięknie po śląsku. Nie istnieje żaden sposób na ochronę zagrożonego języka, który nie zakładałby jego jak najczęstszego i jak najszerszego używania!

W trakcie dyskusji padło stwierdzenie, że przedwojenny Sejm Śląski miał być jedynie „forum dyskusji o tym, jak mądrze zszyć Śląsk z Rzeczpospolitą”. Ubolewamy nad tym, że w dalszym ciągu wielu polskich patriotów w podobnie przedmiotowy sposób postrzega naszą mowę. Była ona potrzebna jako jeszcze jeden argument w sporze politycznym o przynależność państwową śląskiej ziemi. Dziś, kiedy ten spór stał się zupełnie anachroniczny, argument przestał być potrzebny. W tej sytuacji wielu Polaków nie akceptuje naszej mowy i szerzej – naszej inności, postrzegając je jako jakąś kłopotliwą zaszłość, wynik trudnej historii. I to właśnie jest prawdziwy powód frustracji w szerokich kręgach śląskiej społeczności, frustracji, która jest paliwem dla nastrojów izolacjonistycznych i separatystycznych.

Członkowie „Dangi” są przekonani, że właśnie język regionalny, język, którego można się nauczyć, którego znajomość można doskonalić, jest realnym i cywilizowanym pomysłem na śląskość przyszłości, śląskość pogodzoną wreszcie z polskością. Pielęgnowanie języka oznacza przeniesienie uwagi z cierpiętniczego rozpamiętywania naszych prawdziwych i domniemanych krzywd na działanie pozytywne – na to, co sami możemy zrobić ze sobą i dla siebie, tu i teraz. Uważamy, że jeśli nasza tożsamość miałaby należyte oparcie w języku, frustracje mogłyby się wreszcie wyciszyć, a Ślązacy mogliby wreszcie odnaleźć się w polskim społeczeństwie i polskim państwie. Nie bójmy się tego! Polska jest wystarczająco dużym krajem, aby mogło się w niej zmieścić wiele odrębności etnicznych i językowych. Nie musimy wszyscy być jednakowi, żeby żyć w zgodzie i pokoju!

Prezes Dangi dr Józef Kulisz
e-mail:
jozef.kulisz@gmail.com
tel.: 609 09 68 86

Zaszufladkowano do kategorii Non classé | Dodaj komentarz

Co tam rzegoce we krzipopie?

Danga zaprôszô na wieczornõ wandrówkã po czyszeckich barzołach

Plakat: zaproszynie na wandrówkã "Co tam rzegoce we krzipopie?"

Na mokrich łónkach, w kanarkach i we krzipopach bez dziyń dzieje se małowiela. Ale na wieczór, jak skoro słóneczko straci se za lasã, zdô se, iże barzoły se budzóm do nowégo życiô. Òrôz poczynô wszandzie rzegotać, kumkać, kwakać a żwakać. Wodnô gadzina mô swojé coroczné weselné zgrómadzynié – przepiykni wiosynno-letni żabi kóncert!

Na całim Górnim Ślónsku żyje do kupy siedminôście gatónków żabów, chrostawych żabów, kumków i wodnich jaszczurków. Na naszi wandrówce spróbujymy niechtoré ś nich znejś, chycić do ranki i se jé òbejzdrzeć blank z bliska. Òsobliwie interesujóm nôs kumki i zielóné żabki, co nôleżóm do gatónków fest zagróżónich. Przi tim nauczimy se jé rozeznôwać po głojsie. Ò jejich życiu i òbyczajach bydymy rozprawiać po ślónsku.

Tóż Tôwarzistwo Piastowaniô Ślónskij Môwy „Danga“ w Czyszkach projsi Wôs piyknie na wieczorni szpacyr po czyszeckich barzołach i na spólnõ wieczerzõ na Ketzlerowym statku w Kotlinach – we gniôździe naszégo tôwarzistwa.

Kedy? W sobotã, 22 môj, trzi sztwierci na dziewióntõ na wieczór (godz. 20:45)

Kandy? Na parkingu przi kaczmie „Garden Cafe” we Czyszkach wele Kojźlô.

Zaszufladkowano do kategorii Non classé | Dodaj komentarz

Śląscy literaci zapoznali się z propozycją ortografii dla języka śląskiego

Rybnik. 26 listopada w filii Uniwersytetu Śląskiego w Rybniku odbyła się konferencja Omówienie zasad pisowni śląskiej – wyzwania współczesności. Celem spotkania było zebranie autorów tworzących w mowie śląskiej i zapoznanie ich ze wstępnymi propozycjami dotyczącymi kodyfikacji śląskiej pisowni. Rybnickie spotkanie powinno stać się zaczątkiem tworzenia się prawdziwego śląskiego środowiska literackiego. Organizatorami konferencji były dwa stowarzyszenia stawiające sobie za cel ochronę śląskiej mowy, tj. „Pro Loquela Silesiana” i „DANGA” oraz Stowarzyszenie Przyjaciół Uniwersytetu Śląskiego.

Spotkanie otworzył dr Zbigniew Kadłubek, pracownik Uniwersytetu Śląskiego i autor książki Listy z Rzymu – zbioru pięknych esejów napisanego w całości po śląsku.

Poseł Marek Plura krótko zreferował stan prac w parlamencie, zmierzających do zmiany ustawy sejmowej i nadania mowie śląskiej statusu języka regionalnego. Poseł podkreślił, że atmosfera w parlamencie jest sprzyjająca, a zmiana ustawy jest realna jeszcze w tej kadencji parlamentu. Musimy jednak jako społeczność pokazać, że jesteśmy w stanie się porozumieć, zorganizować i sprostać wyzwaniu intelektualnemu, jakim jest posiadanie własnego języka. Posłowie oczekują od Ślązaków poczynienia przynajmniej pierwszych kroków na drodze do kodyfikacji swojej mowy.

Wstępne propozycje dotyczące przyszłej śląskiej ortografii przedstawił dr Józef Kulisz, prezes Tôwarzistwa Piastowaniô Ślónskij Môwy „Danga”. Propozycje te zostały wypracowane w ciągu ostatniego roku przez zespół pracujący pod kierownictwem prof. Jolanty Tambor z Uniwersytetu Śląskiego. W skład zespołu, prócz p. profesor, wchodzili także przedstawiciele stowarzyszeń „Pro Loquela Silesiana”, „Danga”, Przymierze Śląskie oraz p. Andrzej Roczniok, wydawca pisma „Ślůnsko Nacyjo”.

P. Kulisz omówił podstawowe zjawiska językowe występujące w gwarach śląskich oraz propozycje ich odwzorowania w przyszłej śląskiej ortografii. Zespół przyjął jako jedno z podstawowych założeń ograniczenie do minimum nowych znaków i wprowadzanie ich tylko w przypadku istnienia ku temu poważnych przesłanek lingwistycznych. Nowe znaki mają być zastosowane przede wszystkim na oznaczenie tych miejsc, w których występują różnice w wymowie między poszczególnymi obszarami gwarowymi. Znaki takie, zgodnie z zasadą „jedno pismo, roztōmajtŏ wymŏwa”, mogłyby być odczytywane w różny sposób zależnie od regionu, z którego pochodzi czytający. Rozwiązania zaproponowane przez zespół pracujący pod kierunkiem prof. Tambor można nazwać ostrożnymi. Ortografia ujmuje te zjawiska językowe, które łatwo można objąć wspólnym zapisem. Tam, gdzie ujednolicenie prowadziłoby do skomplikowanych zasad pisowni i wymowy, zdecydowano się pozostawić pisownię wariantywną, zgodną z wymową na danym obszarze gwarowym. W wielu przypadkach zespół zaproponował też dopuszczenie uproszczonych wariantów pisowni w publikacjach o zasięgu lokalnym.

P. Kulisz podkreślił, że przedstawione rozwiązania należy traktować jako wstępne propozycje, ponieważ kodyfikacja nowego języka to praca na długie lata, a komisji kodyfikacyjnej z prawdziwego zdarzenia, mającej solidne zaplecze naukowe, organizacyjne i przy tym mandat społeczny, jeszcze nie mamy. Dlatego prelegent prosił, aby skupić uwagę bardziej na zjawiskach językowych, które przyszła ortografia w ten czy inny sposób będzie musiała ująć, niż na kształcie znaków wybranych do ich zaznaczenia. Niestety znajomość gwary śląskiej u osób nawet bardzo dobrze piszących po śląsku, ale nie mających wiedzy dialektologicznej, jest najczęściej fragmentaryczna i dotyczy ona tylko gwary charakterystycznej dla miejsca, w którym dana osoba się wychowała lub w którym mieszka.

P. Kulisz uspokajał też śląskich literatów, z których wielu to osoby starsze, że to nie ortografia jest tym, co w pisaniu po śląsku jest najważniejsze. Nowa pisownia w żaden sposób nie unieważnia dotychczasowego dorobku literackiego autorów. Nowe znaki mają nam pomóc w porozumiewaniu się, dzięki nim dzieła literackie będą mogły łatwiej zaistnieć w szerszym obiegu. Bez wprowadzenia pewnych zasad porządkujących nie będzie mógł się wykształcić wśród czytelników nawyk ortograficzny i czytanie śląskich tekstów, tak jak dziś, będzie utrudnione, ponieważ trzeba będzie każde słowo sylabizować.

Nowa ortografia używana byłaby przede wszystkim w ogólnośląskich słownikach i podręcznikach. Nowe znaki przeznaczone byłyby przede wszystkim do czytania, a mniej do pisania. Nie jest nawet konieczne, aby dany autor biegle opanował pisanie w nowej ortografii. Jeśli, a taką mamy nadzieję, powstaną instytucje profesjonalnie zajmujące się popularyzacją śląszczyzny, bez wielkich trudności powinniśmy być w stanie wykształcić ludzi młodych, którzy będą potrafili „przetłumaczyć” dzieło zapisane przez autora na nową ortografię, tak aby mogło ono być upowszechnione na całym Śląsku.

W dalszej części spotkania p. Alan Zych odczytał referat p. Mirosława Syniawy, sekretarza towarzystwa „Pro Loquela Silesiana”, pt.: Standaryzacja języka – typowe problemy i sposoby ich rozwiązywania. P. Syniawa, analizując doświadczenia różnych mniejszości językowych w Europie, zwrócił uwagę na problem tzw. podwójnego wykluczenia. Problem ten powstaje, gdy przy kodyfikacji języka mniejszościowego jedną z gwar uznaje się za wzorcową, a nie uwzględnia się pozostałych. Osoby posługujące się gwarami nie uznanymi za wzorcowe doznają w ten sposób podwójnego wykluczenia, ponieważ ani z punktu widzenia języka ogólnopaństwowego, ani z punktu widzenia nowego języka mniejszościowego, nie posługują się językiem poprawnym.

Możliwości implementacji w komputerach nowych znaków, zaproponowanych przez zespół kodyfikacyjny, w skrócie omówił p. Robert Sumera, członek „Dangi” studiujący elektronikę na Politechnice Śląskiej. Znaki te dostępne są na komputerach wykorzystujących nowsze wersje systemów operacyjnych, np. Windows 2000 i wyższe. Pewnym problemem może być dostępność czcionek, ponieważ w dwóch przypadkach wybrano znaki dość rzadkie. Osobnym zagadnieniem jest możliwość używania nowych znaków w urządzeniach przenośnych, takich jak PDA i telefony komórkowe.

W programie spotkania przewidziano też dyskusję. Głos zabrało kilkunastu zaproszonych gości. Prezentowali oni różne opinie, chociaż w zdecydowanej większości popierali ideę uporządkowania śląskiej pisowni. Pewnym zgrzytem była wymiana zdań, w której jeden z dyskutantów zasugerował, że środowiska działające na rzecz kodyfikacji śląszczyzny mają nieczyste, polityczne i separatystyczne intencje. Na szczęście spokojna reakcja moderującego spotkanie p. Andrzeja Szczeponka (członka „Pro Loquela Silesiana”) uspokoiła emocje i umożliwiła wyciszenie sporu.

„Danga” apeluje o wyciszenie negatywnych emocji oraz o to, by każda ze stron powstrzymała się od instrumentalnego traktowania problemów językowych i wykorzystywania ich do walki politycznej. Jesteśmy głęboko przekonani, że działania mające na celu ochronę śląskiej mowy, a w szczególności przekształcenie jej w skodyfikowany język regionalny, nie stanowią żadnego zagrożenia dla państwa polskiego, a wręcz przeciwnie – służą najlepiej pojętemu interesowi Polski, ponieważ chronią jej różnorodność i kulturalne dziedzictwo.

Nie jest prawdą, że skodyfikowany język śląski oddali Ślązaków od Polski. To właśnie zakazywanie Ślązakom pielęgnowania swojej mowy w taki sposób, w jaki sami tego chcą i jaki uważają za najlepszy, może się stać powodem niezadowolenia społecznego i kolejnego rozczarowania Polską. Negatywne emocje, które przejawiają niektórzy śląscy aktywiści, są owocem poczucia bezradności wobec wieloletniej presji asymilacyjnej. Dowartościowanie domowej mowy przez jej oficjalne uznanie, może śląskiej społeczności pomóc przezwyciężyć poczucie wykluczenia, może pomóc uwierzyć, że Polska jest też naszym krajem, w którym jesteśmy obywatelami – współgospodarzami, razem z innymi kształtującymi jej przyszłość. Naszym zdaniem język regionalny, język, którego można się nauczyć, którego znajomość można doskonalić, oznacza przeniesienie uwagi z rozpamiętywania naszych domniemanych i prawdziwych krzywd na działanie pozytywne – na to, co sami możemy zrobić ze sobą i dla siebie. Zabezpieczenie tożsamości etnicznej w języku może pomóc Ślązakom wyjść poza opłotki izolacjonizmu i jest realnym i cywilizowanym pomysłem na śląskość przyszłości.

„Danga” uważa też, że jak najszybciej należy podjąć działania zmierzające do kreowania śląskojęzycznego środowiska literackiego. Trudno sobie wyobrazić promocję śląszczyzny i podnoszenie kultury językowej śląskojęzycznej społeczności bez literatury na przynajmniej przyzwoitym poziomie. Katalizatorem nowej działalności literackiej powinna być twórcza wymiana myśli, idei i koncepcji artystycznych. Dlatego spotkania literatów, choć może mniej oficjalne, a bardziej robocze, powinny być ponawiane.

Zaszufladkowano do kategorii Non classé | Dodaj komentarz

Wypełnijmy duchowy testament Feliksa Steuera

Uczczono 120 rocznicę urodzin wielkiego syna Ziemi Śląskiej

Sułków koło Głubczyc (po śląsku: Sulków). W sobotę 7 listopada odbyły się obchody 120 rocznicy urodzin wielkiego syna Ziemi Śląskiej – Feliksa Steuera. Organizatorem było Stowarzyszenie Miłośników Sułkowa. Pochodzący z Sułkowa Feliks Steuer był nauczycielem, naukowcem, miłośnikiem i badaczem gwar śląskich, a także pisarzem i poetą. Przed ponad siedemdziesięciu laty podjął jedną z pierwszych świadomych prób tworzenia wysokiej literatury w mowie śląskiej. Szlachetna prostota i piękno wierszy Steuera czynią z nich obowiązkową lekturę dla każdego miłośnika śląskiej mowy.

Obchody rozpoczęły się mszą św. w kaplicy pw. Najświętszej Maryi Panny w Sułkowie. Następnie spotkanie przybrało charakter konferencji, podczas której uczestnicy mogli wysłuchać kilku popularnych wykładów, przybliżających słuchaczom postać bohatera i naświetlających kontekst kulturowo-historyczny, w którym przyszło mu działać.

Życiorys badacza przedstawił prof. Feliks Pluta z Uniwersytetu Wrocławskiego. Feliks Steuer urodził się w roku 1889 w Sułkowie. Pochodził niezamożnej, wielodzietnej rodziny chłopskiej. Dzięki swoim zdolnościom i nieprzeciętnej pracowitości, mimo niskiego pochodzenia społecznego, zdołał ukończyć gimnazjum, a następnie podjął studia na uniwersytetach w Innsbrucku i we Wrocławiu. Studia te zakończył uzyskaniem w roku 1915 tytułu doktora filozofii. W czasie I wojny światowej służył w armii niemieckiej na froncie i w wyniku odniesionych ran stracił nogę.

Po wojnie dr Steuer osiadł w Katowicach, gdzie został dyrektorem Państwowego Gimnazjum Klasycznego. W tym też czasie, prócz pracy pedagogicznej, poświęcił się swojej pasji, czyli badaniu i opisywaniu gwar śląskich. Współpracował w tej dziedzinie z krakowską Akademią Umiejętności, w tym z wybitnymi dialektologami, takimi jak profesorowie Kazimierz Nitsch i Stanisław Bąk. Wśród najważniejszych dzieł naukowych Feliksa Steuera wymienić należy monograficzne opracowania gwary wsi Sułków, z której pochodził (Dialekt sułkowski), oraz sąsiedniego miasteczka Baborów (Narzecze baborowskie). Jako naukowiec zbierał materiały do wielkiego słownika gwar śląskich, który zamierzał wydać. Plany te pokrzyżowała II wojna światowa, a potem przedwczesna śmierć. Feliks Steuer zmarł w roku 1950. Zgodnie ze swoją wolą został pochowany na cmentarzu parafialnym w Baborowie. Zebrany przez niego bezcenny materiał dialektologiczny został zniszczony jako „zapisany w nieznanym języku”.

Wieś Sułków w czasach Steuera leżała na styku trzech obszarów językowch: polsko-śląskiego, laskiego („morawskiego”) i niemieckiego. Prof. Bogusław Wyderka z Uniwersytetu Opolskiego omówił podstawowe cechy gwary sułkowskiej i gwary sąsiedniego Baborowa, zaliczanej już do gwar laskich. Na początku swojego wystąpienia profesor stwierdził, że nie jest uzasadnione uważanie gwary za język zepsuty lub niedorozwinięty. Profesor zdefiniował gwarę jako „odrębny język, który ukształtował się na bardzo małej przestrzeni, pokrewny językowi ogólnemu”. Profesor stwierdził dalej, że gwara może pełnić takie same funkcje komunikacyjne, jak każdy inny język, choć z reguły ma ograniczoną funkcjonalność.

Mirosław Syniawa z towarzystwa „Pro Loquela Silesiana” przedstawił interesujące, zupełnie nieznane u nas związki twórczości Steuera z literaturą tworzoną w języku laskim.

Dr Artur Czesak, pracownik naukowy Uniwersytetu Jagiellońskiego i członek „Dangi” podkreślił, że twórczości literackiej Steuera nie daje się zaklasyfikować ani jako folkloru ludowego, ani jako stylizacji gwarowej. Jak stwierdził, najbardziej trafne byłoby określenie ich jako literatury „w języku, którego nie ma”.

Zwieńczeniem obchodów było poświęcenie i odsłonięcie tablicy pamiątkowej. Odsłonięcia tablicy dokonał wnuk pisarza, Piotr Wieczorek.

Podczas pobytu w Sułkowie wszędzie dało się wyczuć wielką życzliwość mieszkańców miejscowości, a nawet pewne onieśmielenie „najazdem” tylu ważnych osobistości. „Danga” wyraża uznanie i podziękowanie dla organizatorów wydarzenia i wszystkich Sułkowian. Organizacja obchodów wymagała wielkiej pracy: zgromadzenia materiałów, dotarcia do archiwów i ludzi, pozyskania środków finansowych. Zaangażowanie mieszkańców pod egidą Towarzystwa Miłośników Sułkowa, a w szczególności p. Tomasza Kiziaka liderującego tym działaniom, jest tym bardziej warte podkreślenia, że zdecydowana większość obecnych mieszkańców Sułkowa ma nieśląskie korzenie. Akceptacja miejsca, w którym się mieszka, a nawet duma z niego, jest bardzo ważną i naturalną potrzebą człowieka, pokrewną szacunkowi dla swoich przodków. Postawa mieszkańców Sułkowa pokazuje, że kultywowanie lokalnej historii może ludzi łączyć i jednoczyć wokół wspólnego dobra niezależnie od pochodzenia etnicznego. Zachęcamy wszystkich mieszkańców Śląska wspólnego do odkrywania lokalnej historii. Zapewne jeszcze wielu lokalnych bohaterów: księży, nauczycieli, społeczników, czeka na swoje odkrycie i upamiętnienie. Kontynuujmy razem wszystkie dobre dzieła, jakie oni prowadzili, niezależnie od języka którym mówili, czy narodowości, do której się poczuwali. Ważne rzeczy dzieją się nie tylko w stolicach i wielkich metropoliach.

Warto tu też dodać, że wielką pomoc w dotarciu do archiwów i zgromadzeniu różnych materiałów okazał Mirosław Syniawa ze stowarzyszenia „Pro Loquela Silesiana”. Detektywistycznej pasji p. Syniawy poszukiwania zapomnianych śląskich archiwaliów trudno dorównać!

Dla Tôwarzistwa Piastowaniô Ślónskij Môwy „Danga” warte szczególnego podkreślenia jest to, że Feliks Steuer był nie tylko biernym badaczem monografistą śląskiej mowy, ale jej prawdziwym miłośnikiem, pragnącym jej trwania. Steuer nawoływał do poszanowania i zachowania mowy ludu śląskiego, przestrzegał nauczycieli przybywających np. z Krakowa lub Warszawy przed jej lekceważeniem. Pisał „Nigdzie nie potrzebujemy wstydzić się mowy rodziców i praojców, którą nam zachowali od najdawniejszych czasów” („O zachowaniu narzecza górnośląsko-polskiego”, czasopismo „Głosy Znad Odry”, rok 1923).

W roku 1935 Steuer wydał dwie książeczki: Ostatńi gwojźdźaurz i Z naszej źymjy ślůnskej napisane w całości i konsekwentnie w gwarze rodzinnego Sułkowa. Utwory w nich zawarte te są prawdopodobnie pierwszą świadomą próbą tworzenia wysokiej literatury w mowie śląskiej. O zamyśle autora świadczyć może także pseudonim „Franciszek Res”, którym podpisał on swoje dzieła. Res znaczy po łacinie „rzecz”, a jednym z podstawowych znaczeń słowa rzecz w śląszczyźnie południowej (Cieszyńskie, pogranicze laskie) jest „mowa”, „język”. Szlachetna prostota i piękno wierszy Steuera czynią z nich obowiązkową lekturę każdego miłośnika śląskiej mowy.

W wierszu Na kyrchowie poeta napisał (oryginalna półfonetyczna pisownia autora):

Ale stary baby na pustim kyrchowje
Sům jakby zły wrůżky w ńymim Baborowje.
Ś ńymi szumny czasy Słowjańszczyzny minům,
Rzecz i naszy zwyky w ćmawej nocy zginům.

Z żalem musimy stwierdzić, że smutne proroctwo Steuera się spełniło. Według informacji uzyskanych od mieszkańców obu miejscowości, dzisiaj nie mówi się już ani po śląsku w Sułkowie, ani po lasku w Baborowie. Gwarę sułkowską pamięta jeszcze kilka osób w bardzo podeszłym wieku. A jeszcze dwadzieścia lat temu było inaczej. Trudno uważać za dobry i szumny (piękny) dla Słowiańszczyzny czas, w którym w oczach giną jej różne odmiany. Chyba jeszcze nigdy w dziejach Śląska słowiańska różnorodność językowa na naszej ziemi nie była tak zagrożona, jak obecnie.

W innym wierszu, zatytułowanym Antůn Rak, autor pisze:

Z Łůnůw je Antůn Rak. Za to
zapjyrau se swojej rzeczy Antůn Rak.
Mjyszkau w Glywicach, dauchtůr rozůmni.
Ludźům půmaugau, zisk mau ogrůmni.
Jedno ńemjyły: stůn tyn mu szpeći
Czasym rzecz ślůnskau, rzecz tak szkaradnau.
Lau ńy ći ńe jest wila paradnau.

(…)

Jak go w truglici nadůł spuszczajům,
W pańskej mu rzeczi pjeśńy śpiwajům.
Ludźe odchodzům du dům z kyrchowa;
Sama zostauwau matka Rakowa.
W rzeczi parjasůw żol swůj ukrywau,
Rzykau ćichutko; ńech se ńe gńywau
Antůn Rak!

Także i te słowa nie straciły swej tragicznej aktualności. Podobnie jak w czasach niemieckich, choć nigdzie nie zapisany, a jednak bardzo rzeczywisty przymus kulturowy wymusza wyrzeczenie się domowej mowy za cenę awansu społecznego. Choć nie jest to akurat problem specyficzny tylko dla Śląska (o czym w swoim wystąpieniu, wspominając o matkach ukrywanych w kuchniach nowobudowanych blokowisk, mówił dr Artur Czesak), to jednak tutaj presja asymilacyjna działała i nadal działa ze zdwojoną siłą, wzmocniona lękami nacjonalistycznymi. Bardzo wielu śląskich rodziców wkłada wiele wysiłku w izolowanie swoich dzieci od domowej mowy dziadków i krewnych. Pomni na doświadczenia swoje, swoich bliskich lub znajomych, ludzie czynią to w dobrej wierze, starając się oszczędzić swoim dzieciom przykrości, problemów i zapewnić im łatwiejsze życie. Anton Rak jest dzisiaj na Śląsku normą! Różnica jest tylko taka, że stara „pańskau rzecz” została zastąpiona nową. Szpetna mowa pariasów pozostała szpetną mową pariasów – w przekonaniu dużej części społeczeństwa – niegodną nowoczesnego, cywilizowanego człowieka. Jakże często postulat utrzymania jej jako głównego języka w rodzinach oraz nadania jej wyższego statusu uważany jest za działania przesadne i niepotrzebne, a nawet zagrażające „polskiej racji stanu”!

Tôwarzistwo Piastowaniô Ślónskij Môwy „Danga” uważa, że w dzisiejszych czasach działania polegające jedynie na badaniu gwar śląskich są dla ich ocalenia dalece niewystarczające. Ograniczenie się jedynie do biernego dokumentowania w obecnej sytuacji oznacza w istocie naukowy monitoring zanikania śląszczyzny. Do ocalenia mowy śląskiej nie wystarczą też nawoływania do sumień.

Jeśli chcemy wypełnić duchowy testament Feliksa Steuera, musimy podjąć skoordynowane, przemyślane i zaplanowane na dłuższy okres aktywne działania edukacyjne. Konieczne jest podjęcie systematycznych prac nad kodyfikacją mowy śląskiej: stworzenie podręczników, poradników i słowników, tak aby można się było z nich uczyć.

„Danga” uważa dalej, że na dłuższą metę profesjonalna i systematyczna praca nad tak trudnym zagadnieniem, jakim jest przetworzenie gwar ludowych w język literacki, nie jest możliwa, jeśli wykonują ją wyłącznie wolontariusze zapaleńcy. Odpowiedni poziom merytoryczny prac zapewnić mogą jedynie naukowcy, specjaliści w dziedzinie dialektologii i lingwistyki.

Potrzebne jest nadanie pracom nad standaryzacją języka ram organizacyjnych, umocowanie zespołu kodyfikacyjnego przy instytucjach samorządowych, albo którejś z działających w regionie placówek naukowych. Potrzebne jest też pozyskanie na ten cel odpowiednich funduszy.

Niezbędnym warunkiem prowadzenia wszystkich tych prac w dłuższym horyzoncie czasowym wydaje się być nadanie mowie śląskiej statusu języka regionalnego.

„Danga” zwraca się z apelem do instytucji państwowych i samorządowych, naukowców, organizacji społecznych i wszystkich Górnoślązaków: Wypełnijmy duchowy testament Feliksa Steuera! Ratujmy śląską mowę od wymarcia.

Prezes Dangi, dr Józef Kulisz

Linki:
Artykuł na blogu Stowarzyszenia Miłośników Sułkowa
Echo Baborowa (listopad/2009) z artykułem o wydarzeniu

Zaszufladkowano do kategorii Non classé | Dodaj komentarz

„Pómóżcie retować naszã ślónskõ môwã!“

Wywiad z członkiem zarządu Dangi Leonem Sładkiem z okazji I Marszu Jedności Górnośląskiej w Opolu

Tydzień temu odbył się w Opolu I Marsz Jedności Górnośląskiej zorganizowany przez Ruch Autonomii Śląska. W demonstracji wzięło udział również Tôwarzistwo Piastowaniô Ślónskij Môwy Danga z Ciska (woj. opolskie), którego członkowie pojawili się z jedynym transparentem zawierającym pełne zdanie po śląsku: „Pómóżcie retować naszã ślónskõ môwã“. Owego cichego apelu Dangi media raczej nie dostrzegły– relacje zdominowały tematy uznane za kontrowersyjne: postulat połączenia województw opolskiego i śląskiego, wykrzykiwane głośno hasła, kolorowe flagi oraz kontrdemonstracja grupki pseudopatriotów z faszyzującego Obozu Radykalno-Narodowego. Zupełnie niesłusznie – twierdzą członkowie Dangi – ponieważ nasze przesłanie dotyka problemu, który na przyszłości śląskiej grupy etnicznej i śląskiego dziedzictwa językowego zaważy bardziej niż jakikolwiek postulat natury stricte politycznej.

Po mszy na Górze Św. Anny: (od lewej) przewodniczący koła RAŚ w Mysłowicach Lucjan Tomecki, członek Dangi ks. Joachim Zok, członek zarządu Dangi Leon Sładek, założyciel odpowiednika RAŚ w Niemczech Robert Starosta, Bernard Skórok (fundator naszego transparentu) oraz prezes Dangi dr. Józef Kulisz.

Z członkiem zarządu Dangi obecnym na I Marszu Jedności Górnośląskiej w Opolu Leonem Sładkiem rozmawiał Grzegorz Wieczorek

Grzegorz Wieczorek: Czy udział Dangi w marszu nie jest działaniem na wyrost? Co ma kwestia śląskiego języka/dialektu wspólnego z postulatem utworzenia województwa górnośląskiego?

Leon Sładek: Ma istotny związek, choć naszym zdaniem nie sprawy polityczne są najważniejsze. Po pierwsze, w jednym organiźmie administracyjnym zwyczajnie prościej byłoby pewne sprawy załatwić i przeprowadzić pewne projekty. Chcemy przecież chronić jeden śląski język, a nie dwa. Po drugie, i to jest dla nas najistotniejsze, ochrona języka jest mocno związana z ochroną tożsamości etnicznej. Tożsamość etniczna i język to dwie strony tego samego medalu. Bez naszej spuścizny językowej, która wyróżnia nas na tle reszty kraju, tożsamość etniczna Górnoślązaków będzie rozmyta, a bez wyrazistej tożsamości regionalnej nie ma po co kultywować języka mniejszościowego. I dla jednej i dla drugiej sprawy istotne jest zachowanie poczucia wspólnoty: historycznej, kulturowej, etnicznej i językowej. Nie możemy oprzeć się wrażeniu, że obecny podział administracyjny został wprowadzony jako zamierzona próba osłabienia naszej tożsamości etnicznej i tak odbiera go wielu Górnoślązaków. Póki co, mowa śląska zdegradowana do roli „domowo-kuchennej gwary“ nie odgrywa żadnej roli ani w systemie oświaty, ani w życiu gospodarczo-politycznym żadnego z obu organizmów administracyjnych. Skutkiem obecnej sytuacji jest jej wymieranie. Na edukację regionalną z prawdziwego zdarzenia czekamy już prawie ćwierć wieku i niektórzy już wątpią, że się kiedykolwiek doczekamy. A śląski dialekt nie czeka, lecz wymiera.

Województwo opolskie istnieje od 1950 r. Czy rzeczywiście tożsamość śląska ucierpiała tutaj?

Uważamy, że tak. Nie oznacza to oczywiście, że już jej nie ma. Zanikanie tożsamości to proces długotrwały, wielopokoleniowy. Niepokoi nas, że zjawisko to ostatnimi czasy nasila się, co objawia się choćby tym, że wielu młodych mieszkańców Opola nie wie, iż mieszka w stolicy Górnego Śląska. Media rozróżniają coraz częściej „Opolszczyznę“ i „Śląsk“. Obecny podział administracyjny zaczyna coraz częściej obowiązywać w języku potocznym. A stąd już tylko krok do wymazania Górnego Śląska ze zbiorowej świadomości jego mieszkańców. Nie ma Górnego Śląska, nie ma Ślązaków, nie ma śląskiej mowy. Śląsk jako region geograficzny, bez korzeni. Przerażająca wizja…

Czy oznacza to, że Ślązacy Opolscy – ci zasiedziali, rdzenni – chcą się znaleźć w województwie górnośląskim?

Nie, tu nie można uogólniać, a naszym zdaniem żadnych poważnych zmian administracyjnych nie można przeprowadzać ponad głowami ludzi, bez ich akceptacji. Niektórzy mają wiele uzasadnionych powodów, żeby się obawiać – nazwijmy to – imperializmu katowickiego. Pomimo, że wszyscy jesteśmy Górnoślązakami, to istnieje obawa, że „katowiczanie“ nie będą respektować opolskich cech kulturowych. Najbardziej objawia się to w języku – jako językowe towarzystwo z województwa opolskiego możemy wiele na ten temat powiedzieć. Danga musi zmagać się ze ścianą ignorancji wobec języka Ślązaków opolskich od samego początku swego istnienia, a w szczególności zderzyliśmy się z tym problemem w „komisji ślabikorzowej“. Niektórzy samozwańczy kodyfikatorzy katowiccy nie przyjmują do wiadomości istnienia śląszczyzny opolskiej i najchętniej pominęliby ją zupełnie. Jesteśmy mocno zaskoczeni potrzebą ciągłego przypominania, że skodyfikowana śląszczyzna musi umożliwić również Ślązakom Opolskim naukę ich własnego dialektu. Język Śląska Opolskiego jest jednak dla wielu katowiczan mentalną barierą nie do pokonania. Wielu Ślązaków Opolskich słusznie zauważa, że na Śląsku „katowickim“ co prawda medialnie wiele się dzieje, ale jakość tej śląszczyzny medialnej jest nieporównywalnie gorsza niż pod Opolem. Trudno się z tym nie zgodzić. Ale znowu trzeba podkreślić, że nie jest to „winą“ katowickich Ślązaków. Jest to konsekwencja innych uwarunkowań historycznych i demograficznych – większego nasilenia migracji ludności i kosmopolitycznego charakteru wielkich miast. Kontynuując – jeśli dążymy do Jedności Górnośląskiej, to nie możemy opolan „skatowiczać“. Z drugiej strony musimy zdać sobie sprawę z tego, że jeśli nie uda nam się skodyfikować języka śląskiego, to stracimy na tym wszyscy.

Czy Marsz pomógł rozwiać te obawy?

Przypuszczam, że nie. Marsz miał bardzo katowickie oblicze. Prowadzący mieszał mowę śląską w wydaniu katowickim z językiem polskim, mówił o Gorolach i Hanysach, podczas gdy w tradycyjnej śląszczyźnie opolskiej słowo „gorôl” oznacza Ślązaka katowickiego, „od gór” czyli kopalń, a etnonimu „Hanys” nasi starzikowie nie znali wcale. Organizatorom nie udało się wprowadzić narzecza opolskiego do ogólnie głoszonych haseł, przez co utrudnione było wypromowanie jedności obu części Górnego Śląska na równych prawach. Niektórzy zastanawiają się teraz, czy ma to być przedsmak „wspólnej” górnośląskości. Wierzymy, że nie było w tym złej woli – wiemy dobrze, jak trudno jest znaleźć ludzi, którzy potrafią dobrze mówić po śląsku; wiemy że mają z tym kłopoty wszystkie wielkie organizacje śląskie. Ale jak mamy prosić Polaków o to, żeby szanowano nasz język, jeśli sami nie potrafimy go uszanować, a brak tego poszanowania jeszcze publicznie demonstrujemy?

Wciąż nam się wydaje, że śląskie elity i liderzy śląskich organizacji nie doceniają kulturotwórczej roli naszej mowy, wokół której skupia się nasza etniczność. Nie przekonują nas wymówki, że „czekamy na kodyfikację, żebyśmy wiedzieli jak pisać“. Pisać i posługiwać się mową śląską w życiu publicznym można już tu i teraz – byle by to było w miarę poprawnie językowo, kwestia ortografii jest drugorzędna. Uważamy, że konieczne jest podjęcie wysiłku, aby wewnątrz organizacji śląskich organizować i mobilizować ludzi, dla których tradycyjna śląszczyzna jest jeszcze językiem wycyckanym z mamulczynym mlykiym i którzy potrafiliby wewnątrz organizacji zadbać o żywą dwujęzyczność. To zadanie każdego zarządu. Póki co, jako Danga czujemy się w tym dziele osamotnieni. Jesteśmy świadomi, że my sami nie uratujemy śląskiej mowy – to musi być zadanie, za które każda organizacja powinna czuć się współodpowiedzialna. Nie dodaje nam wiarygodności, jeśli domagamy się uznania śląszczyzny jako języka regionalnego, a równocześnie sami nie traktujemy śląskiej mowy poważnie i nie gwarantujemy jej godnego miejsca tam, gdzie nikt nam tego zabronić nie może – na własnych uroczystościach, festynach, demonstracjach i marszach. Potem nie ma się co dziwić, że sceptycy zarzucają śląskim środowiskom, że tak naprawdę nie chodzi tu o śląski język, ale że wykorzystujemy kwestię języka jedynie do rozgrywek politycznych.

Mamy nadzieję i oczekujemy od organizatorów II Marszu, że za rok przemowy będą przygotowane staranniej – i że nie zabraknie ani poprawnej śląszczyzny katowickiej, ani opolskiej. Wówczas wrażenie, jakie marsz wywarłby na postronnym obserwatorze, byłoby zupełnie inne: mianowicie takie, że tu zagrożona grupa etniczna żyjąca na obszarze dwóch województw upomina się o swoje prawa i że robi to w interesie ogółu społeczeństwa. Mając na względzie dobro śląskiej sprawy życzylibyśmy sobie przekazu pozytywnego, bardziej intelektualnego.

Przeciwko językowi śląskiemu opowiedzieli się także niektórzy liderzy mniejszości niemieckiej, która zaciekle broniła województwa opolskiego… Czy Danga widzi w mniejszości sojusznika?

Mniejszość niemiecka jest głównym ugrupowaniem jednoczącym rdzennych Ślązaków w opolskiej części Górnego Śląska, jej starsi członkowie mówią po śląsku lepiej niż w jakiejkolwiek innej organizacji. Obawa przed tym, że Niemcy będą stanowić w większym województwie mniejszy odsetek ludności oraz że język śląski będzie konkurencją dla języka niemieckiego, była przed laty mocniejsza niż poczucie wspólnoty górnośląskiej. Według mnie była to krótkowzroczna polityka. Niemieckość na Górnym Śląsku nigdy nie istniała w sposób wyizolowany, zawsze przeplatała się z innymi kulturami tworząc charakterystyczny i unikalny fenomen. Ekskluzywizm okazał się być golem samobójczym zarówno dla kultury niemieckiej jak i kultury śląsko-polskiej, który osłabił i jednych i drugich, po prostu osłabił region. Walcząc o dusze czołowi działacze mniejszości oświadczyli, że Ślązaków i śląskiej mowy nie ma – są tylko Polacy i Niemcy. Wyrządzili oni krzywdę większości swoich pobratymców posługującej się od zarania dziejów mową śląską, tę ostatnią traktując tak samo jak „arcypolacy“, którzy również odmawiają nam prawa postrzegania śląskości jako czegoś od standardowej polskości odrębnego. A przecież tożsamość śląska nie wyklucza tożsamości niemieckiej ani polskiej, ale wszystkie one się wzajemnie przeplatają i uzupełniają. Tego nie rozumieją również niektóre „śląskie autorytety“ – nadworni komentatorzy medialni, którzy swoimi skrajnie polonocentrycznymi wypowiedziami o Śląsku sprawiają często wrażenie, że mentalnie zatrzymali się na przełomie XIX i XX wieku, czyli w okresie ostrej walki narodowościowej toczącej się wówczas na Śląsku. Do Dangi należy kilku Ślązaków, którzy są jednocześnie członkami mniejszości niemieckiej. Mimo to zależy im na śląskiej mowie, która jest ich językiem ojczystym, i otwarcie demonstrują, że chcą ją zachować! W Dandze nie pytamy się nigdy, do jakiej narodowości ktoś się poczuwa. Jednoczy nas troska o przyszłość języka miejscowej ludności. Nie przeszkadza nam to dobrze władać językiem polskim i/lub niemieckim. Ot, odrobina europejskiej normalności.

Reasumując – mam nadzieję, że mniejszość niemiecka zrozumie to i będzie się starała reprezentować również interesy większości swoich członków mówiących na codzień po śląsku. Liczymy na owocną współpracę! Gwoli ścisłości dodać trzeba, że niektórzy działacze mniejszości już popierają ideę śląskiego języka regionalnego.

Organizator marszu, przewodniczący RAŚ w województwie opolskim Piotr Długosz z Kotorza Małego – nota bene również członek-wpółzałożyciel Dangi – uzasadniał w wywiadach potrzebę łączenia się z Katowicami przede wszystkim względami gospodarczymi…

Myślę, że jest to argumentacja adresowana do ludności o korzeniach nieśląskich, która stanowi przeważającą większość w Opolu. Dla ludzi emocjonalnie nie związanych z kulturą śląską powoływanie się na śląską tożsamość być może nie jest wystarczającym argumentem, żeby zmieniać coś w podziale administracyjnym regionu. Ja jednak nie boję się w mediach szczerze i prosto z mostu przyznać, że nam, tzn. Dandze, chodzi przede wszystkim o kulturę, wspólną tradycję, tożsamość i język. Zarząd Dangi wiele razy podkreślał, że śląska tożsamość, śląska kultura i język są bogactwem nie tylko naszym, ale całej Polski a nawet Europy. Górny Śląsk jest pod tym względem prawdziwym klejnotem i również w interesie ludności napływowej jest wspieranie naszej rodzimej kultury. Dziś jesteśmy już mniejszością we własnej ojczyźnie, nie możemy więc sami decydować o naszych sprawach. Zawsze będzie potrzebny konsens, porozumienie z Nieślązakami. Dlatego też duża część odpowiedzialności za los naszego języka spoczywa na barkach ludności o pochodzeniu nieśląskim. Ważne więc jest, żeby tej ludności nie zrażać, ale ją pozyskać. Często podkreślamy w rozmowach, że to nie polskość Śląska jest zagrożona, ale nasza śląskość, wszystko jedno jak ją zaszufladkujemy (jedni widzą w niej regionalną formę polskości, inni coś od polskości odrębnego). Bardzo wielu Polaków-Nieślązaków rozumie to już. Zarząd Dangi otrzymuje często e-maile od wielu osób, które solidaryzują się z nami i naszymi działaniami. W Dandze mamy również bardzo aktywnych członków pochodzenia nieśląskiego, którzy oddają nam nieocenione przysługi – na przykład pani Danuta Pacan, dzięki której wzrośnie pedagogiczna wartość powstającego ślabikôrza. Na codzień doświadczamy, że nasza śląskość może ludzi integrować, jest dobrem atrakcyjnym dla wszystkich.

Czy zarząd Dangi będzie teraz żądać zmian podziału administracyjnego?

Nie. Tym się zajmują inne organizacje. Z punktu widzenia ochrony języka łączenie województw nie jest działaniem najważniejszym. Mamy poważniejsze zadania, z którymi musimy się uporać, takie jak konsens w środowiskach śląskich co do kształtu kodyfikacji, nadanie śląszczyźnie statusu języka regionalnego, kształcenie nauczycieli, zorganizowanie śląskojęzycznego środowiska intelektualistów. Bez postępu w tych kwestiach zjednoczone województwo górnośląskie śląskiej mowie nic nie da. Potrzebujemy prawdziwej Górnośląskiej Jedności w wyżej wymienionych kwestiach. Tak należy rozumieć nasze uczestnictwo w tym marszu. „Pómóżcie retować naszã ślónskõ môwã“ – to hasło skierowane do wszystkich: do Nieślązaków, do polityków, a w końcu – a może przede wszystkim – do naszych śląskich środowisk.

Dziękuję za rozmowę.

___________________________
Po Marszu Jedności Górnośląskiej odbyła się na Górze Świętej Anny tradycyjna msza święta w intencj ofiar „Tragedii Górnośląskiej lat 1945 – 48” i pomyślności mieszkańców Śląska. Kazanie wygłosił częściowo po śląsku ks. Joachim Zok, członek Dangi. Po mszy prezes Dangi dr Józef Kulisz odczytał po śląsku list na temat „Jak sie mogã starać ò òbchowanie òjcowyj môwy?“

Zaszufladkowano do kategorii Non classé | Dodaj komentarz

Jak sie mogã starać ò òbchowanie òjcowyj môwy?

List przeczytany pó mszy na Górze Św. Anny, 17 października 2009 r.

Moc już sie Ślónzôki narzóndziyli ò tym, iże trza sie starać ò to, coby ślónskõ môwã òbchować. Zdô mi sie, że dzisioj rozumiyniy tego rozprzestrzyniyło sie miyndzy nami i małowiela żôdyn już niy jes tymu przeciwny. Starómy sie, coby nasza môwa była òficjalnie uznanô, próbujymy budować kómisyjõ kodyfikacyjnõ. Chcieli by my ale dzisioj pouwôżać niy nad kómisyjami kodyfikacyjnymi i prawym sejmowym, ale nad tym, co kôżdy z nôs może sóm ku tymu zrobić, coby naszã òjcowõ môwã retować. 

Piyrsze: Snôżność i staraniy. Durch jes jeszcze moc ludzi, co im sie zdô, iże coby gôdać po ślónsku, styknie ino leda jak beblać po polsku. Niejedyn myśli, że to jes blank po ślónsku, jak se te swojy paplaniy ómaści pôrma ślónskimi kóńcówkami, pôrma „ausdrukami dlô szpasu”. Jes tyż moc ludzi, co ślónskõ môwã miyszajóm z przeklyństwym, bo padajóm, że to dycki była môwa prostôków i lómpów. Ci to ludzie czynióm naszyj rzeczy nôjwiynkszõ krziwdã!

Tak dôwnij niy było! Nasze starziki poradziyli niy ino òsprawiać po ślónsku wice, ale tyż sie w tyj môwie radować, gniywać, rzykać do Pana Boga i pozdrôwiać ludzi z uszanowaniym. Tóż, starejmy sie, coby môwa, co nióm kôżdy z nôs rzóndzi, była òkludnô i piyknô.

W tym szukaniu snôżności kôżdy musi sie spuścić na swój rozum i swojy wyczuciy. Swojymu wyczuciu mogiymy tyż ale pómóż. Tak jak sie idzie wyćwiczyć w nauce, abo w jakim fachu, tak tyż sie idzie ćwiczyć w môwie. Tóż przipóminejmy se, jak sie dôwnij Ślónzôki poradziyli piyknie pozdrôwiać. Nauczmy sie, jak sie w ślónskij môwie pokazowało drugim ludzióm uszanowaniy. Do kogo sie nôleży, gôdejmy za dwoje, a do kogo trza to i za troje. Jak trefiymy jaki piykny ślónski wiersz, abo szumnõ śpiywkã, nauczmy sie ich na spamiyńć! Spróbujmy słożyć piyknie po ślónsku powiynszowania na geburstag, na wesely, abo na Gody. Jak bydymy poradziyli wrócić naszyj môwie snôżność i piykność, to óna sie bydzie brónić sama.

Prezes Dangi dr Józef Kulisz czytô list: Jak sie mogã starać ò òbchowanie òjcowyj môwy?

Drugiy: Bildónek abo ksztôłcyniy. W teraźniejszym czasie już bezmała żôdyn z nôs w rozeznôwaniu, co jes prawóm ślónszczyznóm, a co niy, niy umiy sie spuścić ino na swojã pamiyńć i wyuczuciy. My w „Dandze” gôdómy: „Niy ma gańba niy wiedzieć, abo sie òmylić, gańba sie niy uczyć!”. Coby świadómie, rozumnie piastować prawõ ślónskõ môwã, kôżdy musi sie w nij durch bildować.

Zdrzódłym prawyj ślónszczyzny powinna być dló nôs môwa naszych starzików. Tóż szukiejmy ludzi starych, co pamiyntajóm ślónszczyznã z czasów, jak jeszcze ludzie niy znali telewizyje i mediów, òpytujmy sie i uczmy sie òd nich. Nowô technika dôwô nóm dzisiôj do rynki nôczyniy, co nim łacno mogiymy dźwiynk registrować. Tóż nagrôwejmy starzików! Szukiejmy ludzi, co poradzóm se spómnieć, jak sie nazywało nôczyniy murarskiy, bergmóńskiy, rzeczy w dóma, w ògrodzie, we werkszteli. Poprośmy ich, coby nóm ò tym poòzprawiali. Mogiymy ku tymu przidać tyż pôrã fotografijek. Tak òbchowiymy spómniynia tych ludzi, a ś niymi prawõ starõ ślónszczyznã, nawet jak ci ludzie zemrzóm.

Kôżdô ludzkô môwa mô swój systym, swojy prawa. Lżyj nóm bydzie rozumnie rozsóndzać, co jes prawóm ślónszczyznóm, a co niy, jak spróbujymy te prawa poznać i sie ich nauczyć. Ku tymu potrzebujymy uczydłów i popularnych poradników. Podwiela tych uczydłów napisanych òd fachmanów niy mómy, mogiymy spróbować òbsztalować se literatrurã naukowõ. Niy bójmy sie tego. W literaturze dialektologicznyj jes moc takich rzeczy, co jy i niyuczóny czowiek poradzi zrozumieć.

Myślã, iże moc z Wôs, zôcni suchacze, co tu siedzicie, była dzisiôj rano na „Marszu jedności”. Isto potrzebujymy jedności, coby nóm lżyj było starać sie ò òbchowanie erbizny naszych òjców i starzików, a przi tym tyż naszyj òjcowyj rzeczy. Tyj ślónskij jedności w môwie niy mogiymy ale rozumieć tak, że wszyskich Ślónzôków wyrôwnómy do jednego mustra. Reinchold Olesch we słowniku môwy ludu z Góry Św. Anny zapisôł takiy to przisłowiy: Padali świynty Ignacy, iże my niy wszyjscy jednacy. Wiymy, że môwy w roztómajtych czyńściach Ślónska trochã sie òd siebie różnióm. To isto niy bydzie żôdnô jedność, jak sie bydymy wadzić, czyja môwa jes lepszô, a na kóniec wszyskim nakôżymy gôdać na tyn przikłôd po katowicku. Prawõ ślónskõ jedność i braterstwo zbudujymy ino wtynczôs, jak Ślónzôk z jednyj czyńści Ślónska bydzie poradziył przijóńć Ślónzoka z drugiygo kóńca z jego côłkóm erbiznóm: z jego òblyczym, zwykami, z jego môwóm, jak włôśnego brata! Piyrszym krokiym do budowaniô takiygo braterstwa jes nauka. Tóż chcymy Wôs wszyskich namówić ku tymu, cobyście bildowali sie niy ino w môwie ze swoij wsi, abo swojygo placu, ale cobyście tyż aby trochã poznali roztómajte môwy na côłkim Ślónsku. Pómoże nóm to inkszych Ślónzôków rozumieć i szanować.

Trzeciy: Rzóndzić, gôdać, radzić, śpiywać, òzprawiać… I ze spóminaniô starych ludzi, i z badań uczónych wiymy, że dôwnij ludzie rzóndziyli po ślónsku bezmała wszyndzie: niy ino w dóma, ale tyż na dródze, na placu, we sklepie, w robocie, nawet w urzyndzie. Wszyskiy kómisyje kodyfikacyjne, tôwarzistwa i uczydła na nic sie niy przidajóm, jak ludzie sami niy bydóm chcieli po ślónsku rzóndzić. Tóż i my niy mogiymy sie lynkać i zawiyrać naszã môwã za dźwiyrzami pómiyszkaniô. Niy mogiymy sie skirz nij gańbić! Lżyj nóm bydzie sie na to òdpowôżyć, coby po ślónsku gôdać tyż w jawności, miyndzy ludźmi, jak sie w rzóndzyniu po ślónsku wydoskónalymy, jak sami bydymy czuli, że nasza môwa jes òkludnô i piyknô. Tego nóm żôdyn zakôzać niy może! Ale jak fto, chocia poradzi, a niy gôdô po ślónsku nawet w dóma, jak fto niy uczy po ślónsku swoich dzieci, kładzie naszã môwã do truły i niy może sie mianować prawym brónicielym ślónskości!

Niy jes to wszysko lekie i proste, ale przecã ftóż lepij jak Ślónzóki rozumiy, że bezmała niy ma na tym świecie rzeczy dobrych, coby nôs niy kosztowały. Móndrzi ludzie padajóm „Fto dbô, tyn mô!” Prziszłość naszyj òjcowyj môwy zôleży nôjbarzij òd nôs samych, òd tego, co sami poradzymy zrobić ze sobóm i (dlô siebie), bez òglóndaniô sie na cudzych beamtrów!

Zerzykiejmy pôciyrz do świyntyj Jadwigi i Świyntyj Any, coby pómógły nóm uprosić u Pana Boga Ducha Świyntego, bo to Ón òświycô ludzióm rozum i rozwiónzuje jynzyki.

Dr Józef Kulisz, prezes Tôwarzistwa Piastowaniô Ślónskij Môwy „Danga”

Ò I Marszu Jedności Górnoślónskij w Òpolu możecie se poczytać tukej: „Pómóżcie retować naszã ślónskõ môwã!“

Zaszufladkowano do kategorii Non classé | Dodaj komentarz

Co otworzy śląską puszkę Pandory?

Stanowisko Tôwarzistwa Piastowaniô Ślónskij Môwy Danga w związku z artykułem „Dwie dusze Ślązaka” opublikowanym w Newsweeku 32/2009

Puszka Pandory to symbol nieszczęść, czegoś, co wywołuje mnóstwo nieprzewidzianych trudności, źródło niekończących się smutków i kłopotów. Taką definicję podaje popularna internetowa encyklopedia „Wikipedia”. W wywiadzie „Dwie dusze Ślązaka” (Newsweek 32/2009) pani prof. Dorota Simonides wyraża pogląd – ku naszemu ogromnemu zdumieniu – że ewentualne uznanie śląskiej mowy za język regionalny otworzy „puszkę Pandory”. Niestety czytelnik nie dowiaduje się, na czym by miało polegać owo niekończące się pasmo smutków i kłopotów. Czy nieszczęściem tym miałoby być istnienie w Rzeczypospolitej kilku języków regionalnych, np. śląskiego i góralskiego? Przecież „język regionalny” jako kategoria prawna (a nie ściśle językoznawcza) ma służyć dobru powszechnemu, jakim jest bogactwo kulturowe społeczeństwa. Z założenia jest to narzędzie, za pomocą którego zainteresowane społeczności mogą stworzyć przeciwwagę dla kulturowej unifikacji i uniformizacji współczesnego świata.

W wyniku zawieruch historycznych Polska stała się po II wojnie światowej jednym z najbardziej jednolitych etnicznie państw w Europie. Poza Kaszubami, Góralami i Ślązakami trudno jest wskazać w naszym kraju jeszcze jakieś mniejszości, które zdołały uchować swoją mowę w takim stopniu, że mogłyby się starać o status języka regionalnego. Jeśli działania Ślązaków zainspirowałyby jakieś inne grupy ludności językowo wyróżniające się na tle ogólnopolskim, to z punktu widzenia ekoróżnorodności środowiska językowego w Polsce należało by się z tego faktu cieszyć, a nie dopatrywać się w nim zagrożenia. Pani profesor musi mieć naprawdę bardzo niskie mniemanie o Polakach, skoro uważa, że tylko kulturowe i językowe ujednolicenie zapewni naszemu krajowi pokój społeczny. Proszę zauważyć, że ustawa, na którą powołuje się pani profesor, nie nakazuje gminom zamieszkałym przez mniejszości językowe wprowadzenia języka mniejszościowego, a tylko zezwala im na to. Ostateczną decyzję i tak podejmują samorządy. To za każdym razem wymaga współpracy i porozumienia mniejszości z większością. Dlaczego lokalnym społecznościom tego zabraniać?

Towarzystwo „Danga” podkreśla, że to nie polskość standardowa jest w Polsce dobrem ginącym, ale przejawy kultury, a w szczególności każda forma języka, które się od niej odróżniają.

Dla Tôwarzistwa Piastowaniô Ślónskij Môwy „Danga” najważniejszym powodem starań o nadanie śląszczyźnie statusu języka regionalnego jest prosta obserwacja: Dialekt śląski wymiera. Nie trzeba być językoznawcą, żeby to widzieć i słyszeć. Pani profesor nie ma racji twierdząc, że śląszczyzna była „od zawsze” jedynie językiem domowym. Wszystkie opracowania gwarowe poświadczają jednoznacznie, że po śląsku mówiono prawie wszędzie, również poza domem: w polu, w warsztacie pracy, na targu, w kontaktach z mieszkańcami regionu – czyli wszędzie, za wyjątkiem kontaktów z obcymi urzędnikami i przybyszami. Potwierdzeniem tego jest istnienie w mowie śląskiej wielu słów przynależących do terminologii prawniczej, ekonomicznej, czy technicznej, które można znaleźć w materiałach dialektologicznych. Śląszczyznę wyrugowano w ciągu ostatnich 80 lat po kolei z większości tych domen. Poza nielicznymi i szybko topniejącymi enklawami zamieszkałymi przez autochtoniczną ludność, swoją ostatnią ostoję mowa śląska znalazła w wielopokoleniowej, niemieszanej rodzinie. Takie modele są jednak w dzisiejszym świecie bardzo trudne do utrzymania, a oparcie się jedynie na nich może prowadzić do izolacjonizmu i zepchnąć mniejszościową społeczność na margines nowoczesnej cywilizacji.

Przekaz międzypokoleniowy załamuje się jednak nawet w rodzinie, gdyż język dorastającego człowieka kształtuje dziś w małym stopniu dom oraz najbliższe śląskojęzyczne otoczenie (które zresztą mało gdzie się uchowało). Za to przemożny wpływ wywierają na nas szkoła, uczelnia, mass-media, miejsce pracy, czyli domeny, gdzie niepodzielnie dominuje język polski standardowy. Do tego dochodzi postawa śląskich rodziców (będąca regułą a nie wyjątkiem!), którzy zdając sobie sprawę z negatywnych stereotypów i niewielkiej funkcjonalności „języka wyłącznie domowego”, świadomie mówią do dzieci czysto po polsku, traktując swoją tradycyjną mowę jako niepotrzebny balast i przeszkodę w życiu. Prof. Simonides nie tylko zdaje się nie dostrzegać tych zjawisk, ale swoimi sugestywnymi twierdzeniami wręcz utwierdza czytelnika w przekonaniu, że inaczej być nie może i być nie powinno.

Dla ogromnej większości młodego pokolenia Ślązaków niebo nie jest już więc ani modre ani światłe ale już tylko niebieskie, a kapusta jedynie czerwona. Zadziwia nas, z jaką wytrwałością powtarza się powiedzenie „co wieś to inna pieśń”, nie dotrzegając faktu, że różnice regionalne bledną w porównaniu z różnicami międzypokoleniowymi. Język młodej generacji ma z reguły bardzo mało wspólnego z językiem naszych dziadków i pradziadków opisywanym przez Nitscha, Olescha i Zarębę. To często zupełnie zerodowany system, właściwie normalna polszczyzna potoczna z kilkoma reliktowo zachowanymi „ausdrukami” i końcówkami.

Tôwarzistwo Piastowaniô Ślónskij Môwy Danga, obserwując bacznie silne i wszechobecne procesy asymilacyjne zachodzące na Śląsku, od samego początku ostrzega, że język Śląska zepchnięty do roli czystego narzecza domowego, bez wsparcia ogólnodostępnej edukacji, nie ma obecnie szans na przetrwanie.

Mała społeczność, taka jak nasza, może się przeciwstawić uniformizującemu wpływowi otoczenia tylko przez świadome działania edukacyjne i samoedukacyjne. Młodzi ludzie potrzebują dziś orientacji, punktu odniesienia, które pozwalałby im wyłapywać w otaczającej ich mieszaninie językowej cechy śląskie i rozstrzygać niepewności językowe. Do tego potrzebujemy narzędzi: słowników, podręczników, popularnych poradników przygotowanych w oparciu o opracowaną i usystematyzowaną przez językoznawców wiedzę: zasady śląskiej gramatyki, morfologii i fonetyki. Trzeba stworzyć możliwości do systematycznej nauki śląszczyzny oraz warunki, żeby język ten mógł na nowo obrosnąć kulturą. Temu właśnie celowi mają służyć działania kodyfikacyjne!

Stanowczo protestujemy przeciwko nazywaniu tak pojętego śląskiego języka bytem sztucznym. Jest wręcz przeciwnie – rzetelnie opracowany przez ludzi mających odpowiednie kwalifikacje zbliża on nas do języka najstarszego pokolenia, przywraca jego pierwotną funkcjonalność, pomaga konsekwentnie zachowywać cechy śląskie, wreszcie stwarza podstawy do tego, żeby się uczyć po śląsku systematycznie a nie wyrywkowo.

Danga uważa, że obawy prof. Simonides wyrażone we wspomnianym wywiadzie są zupełnie nieuzasadnione. Przecież w hipotetycznym przyszłym słowniku śląszczyzny słowo światły może być potraktowane na równych prawach z przymiotnikiem modry, a do każdego z nich może być dodany komentarz o tym, w której części Śląska należy go używać. Niestety wielu ludzi – nawet bardzo wykształconych – pada ofiarą założenia, że „skodyfikowany” język musi być jednowariantowy, musi posiadać ścisłą normę, w której nie ma miejsca na „bogactwo gwar”. Otóż jest to założenie bardzo mylne, wynikające z nałożenia na postulowaną kodyfikację śląskiego ciasnych schematów myślowych obowiązujących w polszczyźnie standardowej. Innych wzorców nie mamy wokół nas lub nie zadaliśmy sobie trudu, żeby do nich dotrzeć. Kto jednak śledzi poczynania regionalnych mniejszości językowych w Europie, łatwo dostrzeże, że Śląsk nie jest wyjątkiem i że prawie wszędzie jest tak jak u nas – występuje mniej lub bardziej silne zróżnicowanie dialektalne i ograniczenie funkcjonalne języka/dialektu („ludowość”/„gwarowość”). Jednak w wielu regionach Europy – w tym również w Polsce (Kaszubi, Łemkowie) – uznano, że nie jest to przeszkodą w kodyfikacji języka i podjęto świadomie pozytywistyczne prace nad tym, żeby choć częściowo wyrównać funkcjonalną asymetrię pomiędzy językiem państwowym a językiem społeczności mniejszościowej. Należy podkreślić, że ograniczenie funkcjonalne nigdy nie jest pochodną cech systemowych danego języka/dialektu, lecz jedynie odzwierciedleniem jego roli i prestiżu w społeczeństwie lub państwie, czyli faktorów socjologicznych. Również dlatego uznanie śląszczyzny za język regionalny jest wskazane. Prestiż, rola w życiu społecznym regionu, edukacja językowa – to są czynniki, od których zależy dziś przyszłość spuścizny językowej Śląska.

Tradycyjny podział na języki (narodowe), dialekty i gwary ludowe nie odzwierciedla już, szczególnie w ujęciu socjolingwistycznym, złożonej rzeczywistości językowej Europy. Dialekt przywoływanych w wywiadzie Alzatczyków jest jak najbardziej językiem regionalnym i to właśnie tego dialektu, a nie standardowej niemczyzny, uczy się 100.000 uczniów w szkołach regionu. Również śląski język/dialekt dawno już wyszedł poza ramy tradycyjnie pojętej gwary ludowej, czyli języka niewykształconych mieszkańców wsi. Gdyby potraktować poważnie zastrzeżenia prof. Simonides, to języki-dialekty, istniejące przede wszystkim w postaci gwarowej – jak kaszubski, północnoniemiecki, dolnołużycki, irlandzki, bretoński, łemkowski, retoromański – nie miałyby racji bytu jako „twory sztuczne”, „niszczące bogactwo gwar”. Ależ one nic nie niszczą, gdyż norma w tych językach z reguły nie jest jednolita i dopuszcza (a nawet zaleca) warianty lokalne. Tu widać wyraźnie, że kodyfikacja wcale nie skazuje śląszczyzny na ujednolicenie – i taką zasadę przyjęła tworząca się komisja kodyfikacyjna języka śląskiego.

Pamiętać należy, że nawet różnorodność gwarowa nie oznacza dowolności – każda najmniejsza nawet gwara ma swój system językowy, swoją niepisaną normę, którą można opisać i udostępnić zainteresowanej społeczności. Poza tym – pomimo niektórych różnic – gwary śląskie mają przecież mnóstwo cech systemowych wspólnych. Dlaczego więc ich opisanie w przystępnej formie miałoby wykreować „byt sztuczny”?

Prof. Simonides uważa, że śląski nie może być językiem regionalnym, gdyż jest dialektem polszczyzny. Tutaj jednak zauważamy wielkie zamieszanie terminologiczne. Pomimo że pojęcie języka polskiego w rozumieniu lingwistów zawiera w sobie wszystkie genetycznie polskie gwary i dialekty, to jednak w znaczeniu prawnym oraz w praktyce życia społecznego rozumie się przez nie jedynie polszczyznę standardową. Odczucie, że polszczyzna i śląszczyzna nie są bytami tożsamymi, jest powszechne. Na lekcji języka polskiego nie nauczymy się nigdy mówić czynnie po śląsku, słownik języka polskiego też nam w tym niewiele pomoże. Wręcz przeciwnie – w programach nauczania polskiego wiele elementów zorientowanych jest na uczulanie uczniów na gwaryzmy i na ich eliminację z języka. W praktyce mowa śląska jest traktowana przez polski system edukacji jak język obcy! Uważamy, że w sposób niedopuszczalny dochodzi tutaj do pomieszania definicji lingwistycznych z prawnymi. Pojęcie języka regionalnego nie jest pojęciem z zakresu dialektologii ani lingwistyki, lecz tytułem czysto prawnym. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby system językowy, w sensie wąskiej naukowej definicji lingwistycznej zaklasyfikowany jako dialekt, mógł w ujęciu administracyjno-prawnym zostać objęty ochroną jako język regionalny. W Europie mnóstwo takich mikrojęzyków/dialektów ma już taki status. Pytanie o podniesienie mowy śląskiej do statusu języka regionalnego jest w istocie pytaniem o to, czy Rzeczpospolita Polska uważa tę odmianę języka, używaną przez tysiące swoich obywateli, za wartą ochrony, czy nie.

Strach, że język regionalny oddali Ślązaków od Polski, jest uczuciem nieracjonalnym. Naszym zdaniem właśnie język regionalny, język, którego można się nauczyć, którego znajomość można doskonalić, jest realnym i cywilizowanym pomysłem na śląskość przyszłości, śląskość pogodzoną z polskością. Pielęgnowanie języka oznacza przeniesienie uwagi z rozpamiętywania naszych domniemanych i prawdziwych krzywd na działanie pozytywne – na to, co sami możemy zrobić ze sobą i dla siebie. Własny język, w którym poczucie śląskiej tożsamości znalazłoby zabezpieczenie, może nas wyzwolić od strachu, a co za tym idzie, wyciszyć pokusy izolacjonizmu i separatyzmu. Danga wyraża obawę, że właśnie brak przyzwolenia Ślązakom na ochronę swojego języka w taki sposób, w jaki by tego potrzebowali i sami chcieli, będzie powodem niezadowolenia społecznego i kolejnego rozczarowania Polską. Bo czy kraj bez języka naszych ojców zasługuje jeszcze na to, żeby nazywać go Ojczyzną? Zaprzepaszczenie być może ostatniego momentu na rewitalizację śląskiej mowy będzie niewybaczalne, a teza, że śląszczyzna to „język Rejów i Kochanowskich”, stanie się zużytym, zupełnie pusto brzmiącym frazesem.

Jako zarząd Dangi zapraszamy Panią profesor już teraz na następne spotkanie „Dangi” (termin podamy zawczasu). Nie mamy nic do ukrycia. Chcielibyśmy Pani dać sposobność zapoznania się z ideą i postulowanym kształtem kodyfikacji mowy śląskiej, tak jak ją rozumiemy, oraz do bezpośredniej rozmowy i wymiany poglądów.

W imieniu Tôwarzistwa Piastowaniô Ślónskij Môwy DANGA
Józef Kulisz, Grzegorz Wieczorek

Na dalsze pytania dotyczące śląskiego języka regionalnego oraz Tôwarzistwa „Danga” odpowie dr. Józef Kulisz (e-mail: jozef.kulisz@gmail.com; tel.: 609 09 68 86)

Informacja prasowa Tôwarzistwa Piastowaniô Ślónskij Môwy Danga – 6/2009

Zaszufladkowano do kategorii Non classé | Dodaj komentarz